TOP 10 najdziwniejszych gadżetów dla niemowląt i ciężarnych jakie wymyślono!

Technika idzie do przodu, więc co chwilę powstają jakieś nowe udogodnienia dla ciężarnych, matek i niemowląt. Patrząc na niektóre z nich, człowiek zadaje sobie pytanie, w którym kierunku zmierza ten świat? 😀 Zebrałam dla Was 10 najgorszych, najdziwniejszych gadżetów, jakie dotychczas powstały. Nieźle się przy tym uśmiałam, mam nadzieję, że i Wam udzieli się ten nastrój! 🙂

  1. KickBee pas ciążowy . Pewnie część z Was o tym słyszała, były nawet przeprowadzane doświadczenia, które miały pokazać mężczyznom, jak to jest poczuć kopnięcia swojego dziecka,które jest jeszcze w brzuchu. Ci faceci płakali ze wzruszenia i w ogóle nie mogli się pozbierać, jak tego doświadczyli. I chyba właśnie takim Tatusiom, którzy dodatkowo mają sporą dozę cierpliwości zadedykowano ten wynalazek. Przy każdym kopnięciu dziecka, pas się „odzywa” niezmiennie tym samym zestawem słów: „Kopnąłem mamę!”. Wyobrażacie sobie co czuje otoczenie tej kobiety po kilku miesiącach? 😛
  2. Jeżdżący nocnik . Po co siedzieć bezczynnie, w czasie czynności toaletowych? Wiem, że są rodzice, którzy chcąc nakłonić dzieci do siedzenia na nocniku, włączają im telewizję, albo dają tablet, żeby choć chwilę udało im się usiedzieć. Ale teraz już nie muszą, bo do Polski również dotarł jeżdżący nocnik! Wsiada się na niego, jak na zwykły jeździk, a w trakcie okrążania domu, zawsze można się załatwić w dowolnym momencie. To chyba dla takich mniej cierpliwych dzieci, które wszystko robią w ruchu. Zastanawiam się tylko, czy to nie uzależnia i jak wytłumaczyć dziecku idącemu do przedszkola, że inne dzieci, korzystając z toalety, nie podróżują tam i z powrotem, tylko siedzą w miejscu?
  3. W Polsce mamy ciężarną Barbie, ale może kiedyś i do nas przyjdzie ta moda. Dla rodziców bardzo otwartych na nowości, zaprojektowano rodzącą lalkę, żeby wszystko po kolei dziecku wytłumaczyć, skąd to dziecko się bierze na świecie. A przy okazji… trochę przerazić, bo lalka wygląda jakby odgrywała główną rolę w horrorach!
  4. Pingwin pisuar dla chłopców do nauki sikania. Jak ktoś pogardzi jeżdżącym nocnikiem, to zawsze można wstawić do łazienki pingwina. Są też takie przenośne pingwiny, jakby dziecku się zachciało sikać np. w salonie. To wynalazek dla chłopców, którym siedzenie na nocniku nie przypasowało!
  5. Kolczyki w kształcie plemników. Podobno to w jaki sposób się ubieramy bardzo dużo mówi otoczeniu o nas samych. Może więc biżuteria z plemnikami, to dobry pomysł, żeby ogłosić reszcie świata radosną nowinę o spodziewanym potomstwie?
  6. Leżaczek z uchwytem na tablet.  Teraz noworodki również mogą być uzależnione od nowoczesnej technologi. Zupełnie tak, jak reszta świata 🙂
  7. Perfumy dla … niemowląt! W razie gdyby rodzice nie mieli ochoty wąchać małego, kochanego ciałka. Przeznaczone dla niemowląt od 1 miesiąca życia!
  8. Znacie ten stan, kiedy w trakcie przewijania, Dziecko za wszelką cenę próbuje wsadzić rączki do pampersa? Na to też ktoś znalazł rozwiązanie! Wystarczy ubrać Malucha w specjalną kurtkę i związać mu rączki. Oczami wyobraźni już widzę reakcję mojego dziecka na unieruchomione ręce i zastanawiam się, czy naprawdę są dzieci, które w takiej sytuacji będą się śmiać?
  9. Już za 74 złote możemy mieć biżuterię, która zwali z nóg tych, którzy trzymali się na nich jeszcze po kolczykach z plemnikami! Tym fantastycznym wykończeniem stylizacji jest broszka w kształcie łożyska. Nie do końca mam pomysł, gdzie i na jaką okazję można by się przystroić w taką biżuterię, ale może Wy macie jakieś pomysły?
  10. Żarłoczne dziecko, czyli kontrowersyjna lalka, która pojawiła się na rynku brytyjskim i amerykańskim, którą trzeba karmić piersią. W skład zestawu, oprócz żarłocznego dziecka, które przystawione do piersi ssie, wchodzi  specjalny biustonosz imitujący sutki. I tak oto kilkuletnie dziewczynki tez mogą karmić swoje „pociechy”. Ba! Chłopcy również…

Sama się sobie dziwię, że wśród tych dziwnych gadżetów ani słowem nie wspomniałam o tym łazienkowym wisiadle (klik), ale w sumie przyczyna jest bardzo prosta. Większość z tych wynalazków jest po prostu zabawna i w takim humorystycznym nastroju chciałam Was zostawić, po przeczytaniu tego wpisu. A wydaje mi się, że to może jednak bardziej budzić smutek, niż uśmiech na twarzach rodziców. Dlatego ja już więcej o tym nie wspominam, a Wy udajecie, że w ogóle tego nie zrobiłam. 🙂

Podzielcie się swoimi hitami i kitami gadżetowymi, jeśli chodzi o wyprawkę i akcesoria dla Niemowlaka w komentarzach!

Źródła:

https://www.buzzfeed.com/mikespohr/products-for-the-weirdest-parents-you-know?utm_term=.jekrLAyvq#.xq2AY1p02

http://www.oddee.com/item_98567.aspx

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Odstawiłam dziecko od piersi i to była najlepsza decyzja w moim życiu!

Kiedy dzisiaj ktoś pyta o to, czy żałuję tej decyzji, albo czy jest mi z tym ciężko, to z pełnym przekonaniem zaprzeczam. Choć sama właśnie tak to sobie wyobrażałam: ciągle będę wspominać ten piękny czas karmienia, a wieczorami będę pochlipywać znad butelki mleka, tęskniąc za bezpowrotnie utraconą bliskością. Ale tak nie jest. I choć wspominam i z sentymentem oglądam zdjęcia i filmiki, na których karmię piersią, to jednak nie zmienia to faktu, ze decyzji o odstawieniu nie żałuję i uważam to, za jedną z najlepszych w moim życiu. Oczywiście zaraz po decyzji o tym, że w ogóle będę karmić, choć ta przyszła mi dużo łatwiej i była czymś naturalnym.

Czas się trochę wytłumaczyć z tego co napisałam, bo ci, którzy znają mój blog nie od dziś, dobrze wiedzą, że nie raz pojawiły się tutaj wpisy promujące karmienie piersią i opisujące jego piękne strony. I w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal uważam, że to piękna sprawa i nie żałuję tych wszystkich miesięcy karmienia, mimo iż w moim przypadku, było to bardzo wymagające. Mam na razie tylko jedno dziecko, więc tego cudu również doświadczyłam tylko raz i za nic nie zamieniłabym tych chwil. Ale nie zawsze było kolorowo. Choć od początku nie miałam żadnych „widocznych” problemów jak zastoje, brak mleka, albo zapalenia piersi, nie odczuwałam też żadnych bóli wynikających z karmienia, to jednak było to dla mnie wielkie wyzwanie ze względu na częstotliwość z jaką musiałam podawać dziecku pierś. Nie pamiętam już nawet kiedy to się zaczęło, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że wieczorne karmienie przedłuża się do …rana. Każda próba odkładania do łóżeczka, kończyła się histerycznym płaczem w odstępie czasu od 1 min do około 30 min. Dla zwolenników wspólnego spania, dodam w tym miejscu, że z tym było bardzo podobnie. Po położeniu dziecka obok mnie, na łóżku, reakcja była taka sama jak w łóżeczku. Z tą tylko różnicą, że nie musiałam wstawać i przynosić Małej, tylko położyć ją na sobie. Marta chciała jeść tylko w jednej pozycji (leżąc na moim brzuchu), dodatkowo nie mogłam leżeć na płasko, tylko musiałam być w pozycji półleżącej. Ale to też nie było spanie, bo pobudki były dosłownie co chwilę, a bo wypluła pierś, a bo się zsunęła z mojego brzucha, jak zasnęła, czy coś jeszcze innego. Dziecko było ciągle rozdrażnione, mało jadło stałych pokarmów, na wadzę przybierało coraz słabiej, a o sobie już nie wspomnę, bo po ciągłych nieprzespanych nocach, nie miałam siły kompletnie na nic i rano modliłam się o nadejście wieczoru, a popołudniu ogarniał mnie już przerażający strach, że ten wieczór właśnie nadchodzi i znowu będzie to samo. Jak można się domyślić, kolejnym skutkiem takiej sytuacji był fakt, że nikt nie mógł mnie zastąpić przy dziecku. Zawsze to musiałam być ja, bo inaczej, gdy nie dostawała piersi, to wpadała w straszną histerię, a butelkę traktowała jak najgorszego wroga. Smoczka oczywiście też. Ja byłam totalnie wykończona i słaba, do tego doszły bóle kręgosłupa (od spania, a raczej przysypiania w dziwnych pozycjach) i problemy z koncentracją. Tak wyglądały moje dni i noce i na samo wspomnienie jest mi siebie żal i łza się w oku kręci, choć nie jest to bynajmniej łza wzruszenia. 

Jak to wygląda dzisiaj? Zupełnie inaczej. Marta śpi w nocy zwykle z jedną pobudką, wieczorem i rano pije mleko modyfikowane, a w nocy dostaje tylko wodę. Usypianie nie trwa już kilku godzin, ale maksymalnie 30 minut. Jest dużo mniej płaczliwa i bardziej radosna. Rano budzi się z uśmiechem a nie płaczem. To wszystko jest piękne i aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie, nastąpiło tyle zmian. Kolejną zmianą jest przytulanie. Wcześniej być może ta potrzeba bliskości zaspokajana była przez karmienie piersią. Teraz Marta sama znalazła sobie inny sposób na zaspokajanie tej potrzeby i uwielbia się przytulać!

Na koniec dodam małe wyjaśnienie, bo chyba ono jest potrzebne. Zaprzestanie karmienia piersią nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy z dzieckiem, ani ratunkiem na nieprzespane noce. Ten wpis nie jest więc promocją odstawienia dziecka.  Po prostu w moim konkretnym przypadku, okazało się to być najlepszym rozwiązaniem, niezależnie od tego, jak zostanie to ocenione przez inne matki 🙂

Wiem, że jest cała masa kobiet, które karmią długo i nie raz spotykają się z nieprzyjemnymi reakcjami nie tylko ze strony obcych osób, ale czasem nawet i rodziny, która tego nie rozumie. Są też kobiety, które karmią mlekiem modyfikowanym i czują się terroryzowane przez inne matki, które starają się je ocenić, jako mniej wartościowe czy mniej zdolne do poświęceń. Osobiście uważam, że jedyną osobą, która wie ile i czy w ogóle powinna karmić piersią swoje dziecko jest jego matka. I nikt więcej nie powinien się na ten temat wypowiadać.

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Jesteś mamą? Zostań managerem!

Ja wiem jak często postrzegana jest praca w domu i jak ludzie wyobrażają sobie matki spędzające cały dzień z dzieckiem. Coś ugotuje, posprząta, z dzieckiem się pobawi, a reszta dnia na facebooku. Czas dla siebie? Proszę bardzo, ile się tylko chce! Przecież nikt nie uwierzy, że ktoś ma siłę cały dzień bez żadnej przerwy spędzać z Maluchem, na układaniu klocków, robieniu głupich min, a w przerwach na odkurzaniu, gotowaniu i sprzątaniu – ale to też wspólnie. Czasem jak opowiadam komuś o tym, jak ta moja codzienność wygląda, to spotykam się z dużym niedowierzaniem. Dzisiaj pewnie, że trochę to wkurza, tak jak wkurzają ciągłe pytania o powrót do pracy. Bo dzisiaj jest taka presja, że jak ktoś nie pracuje zawodowo, a może nawet więcej: jeśli ktoś nie chodzi do pracy na 8 godzin dziennie, to już znaczy że do roboty się nie rwie i raczej takim typem „kanapowca” jest. Telewizor, kanapa, telefon w ręce, odpoczynek, może jakiś zasiłek, bo czemu by nie pobrać skoro dają, a jak dziecko się nawinie, to i można się nim chwilę zająć, jak już i tak się w tym domu siedzi. Ale żeby się rozwijać, o karierze jakiejś myśleć, książki czytać, kursy czy szkolenia robić, czy wiedzę wzbogacać to już na pewno nie. Pewnie z tym jest różnie. Mi też wszyscy mówili: „Zobaczysz, jak będziesz mieć dzieci, to już nie będziesz mieć na nic czasu”. Sama nie wiem, jakim cudem prowadzę jeszcze bloga, choć może już nie z taką częstotliwością jak kiedyś, ale jednak! I robię jeszcze masę innych rzeczy, o które nikt Matki Polki nie pyta, bo kto by tam podejrzewał, że mogłaby się jakimiś ambitnymi zajęciami trudzić. No dobra, piszę to trochę z takim przymrużeniem oka, bo wiadomo, ile ludzi, tyle opinii i nie ma co tu generalizować. Ale jedno co pewne, to to, że praca w domu, to jest naprawdę mega wyzwanie dla każdej kobiety i powinna być ona traktowana jako pełnowymiarowa i pełnoprawna praca zawodowa. I nie przypadkiem użyłam tu słowa praca!

Dlaczego praca w domu to też PRACA?

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że jak ktoś pracuje zdalnie – czyli wykonuje swoją pracę z domu, to nie widzimy w tym nic dziwnego, ani też nie dewaluujemy wartości tego co robi, tylko ze względu na miejsce pracy. Dlatego można powiedzieć, że z mamami jest podobnie. Choć wykonują swoją pracę w domu, to nie oznacza to, że ich praca jest mniej wartościowa. Może jest mniej, może jest bardziej, ale to nie miejsce pracy o tym decyduje, a zaangażowanie, liczba obowiązków, ilość i charakter dzieci, warunki mieszkaniowe i mnóstwo innych czynników.

Odpowiedzialność za innych

Jak by nie patrzeć, wychowanie dzieci to ogromna odpowiedzialność. Za ich życie, zdrowie, bezpieczeństwo, rozwój, potrzeby itd. Jeśli mówi się, że po porodzie zmienia się całe życie, to dużo w tym prawdy, w takim znaczeniu, że w życiu człowiek odpowiada i dba o zaspokajanie swoich potrzeb, odpowiada za siebie samego, skupia się na swoich celach, dążeniach, wartościach. A tutaj pojawia się kolejna istota, która jeszcze tego nie potrafi i na nas spada odpowiedzialność za jej byt. To jest piękne, i jednocześnie bardzo trudne. Zauważcie, że zawody, które wymagają wzięcia odpowiedzialności za innych ludzi są wysoko płatne i bardzo poważane!

Organizacja i planowanie

Przypominam sobie spontaniczne wyjazdy  weekendowe, kiedy ktoś ze znajomych rzucił hasło „jedziemy nad jezioro?” i pół godziny później, zapakowani do samochodu, byliśmy już w drodze. A teraz wygląda to zupełnie inaczej, byle jaki wyjazd do lekarza, wymaga przygotowań, spakowania wcześniej torby, przygotowania picia i to jeszcze z zapasem, bo przecież upały są. Trzeba dopilnować, żeby pampersy zawsze były na zmianę, żeby kapelusik był na głowie, żeby pieluszkę tetrową zabrać, żeby dziecku wcześniej drzemkę urządzić itd itd… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo przecież spraw, o których trzeba pomyśleć, które trzeba zaplanować, jest na prawdę mnóstwo. Tak jak mnóstwo jest potrzeb tego małego człowieczka, o które jeszcze on sam nie potrafi zadbać, i  trzeba to zrobić za niego 🙂 Znam dużo mam, które są wspaniałymi organizatorkami czasu, potrafią przewidywać różne sytuacje, myśleć do przodu i ciągle zaskakiwać wszechstronnym dbaniem o wszystko! Sama należę do osób, które żyły w twórczym chaosie do momentu pojawienia się dziecka i czasem nie mogę uwierzyć jak inne jest teraz moje myślenie. Spontaniczność? Tak, pewnie, ale taka wyważona i …planowana 😀

Zarządzanie ludźmi

Zarządzanie ludźmi brzmi super, to jedna z tych poważnych kompetencji, które można nie raz znaleźć na ogłoszeniach o pracę dla managerów i innych ładnie brzmiących stanowiskach pracy. Ciekawe, że w domu mamy właśnie z tym do czynienia. Zajmujemy się dziećmi, którym trzeba zorganizować cały dzień, uwzględniając czas na zabawę, posiłki i ich przygotowanie, spacer i czas spędzony na zewnątrz, drzemki, kąpiel i obowiązki. No i oczywiście w tym zarządzaniu innymi, pamiętać trzeba też o sobie, bo przecież swój dzień i swoje powinności też trzeba jakoś sensownie zaplanować. Codzienne chodzenie do pracy wyznacza rytm życia, który pozwala na oddzielenie obowiązków zawodowych od domowych, a to jest bardzo cenne i pomocne przy organizacji dnia.

Czas dla siebie

Tak na prawdę to chyba jest najtrudniejsze, bo mając dzieci jakoś tak łatwo zapomnieć o swoich potrzebach i skupić się tylko na nich. Szczególnie jeśli spędza się z nimi całą dobę. Ale tak naprawdę ten czas dla siebie, może mieć ogromny wpływ na polepszenie jakości czasu spędzanego z dziećmi. Zresztą tak jest z każdą pracą. Z tym, że ludzie na etacie, odpoczywają od niej codziennie po godzinach, w weekendy i na urlopie. A my mamy, mamy urlop tylko wtedy, kiedy same o niego zadbamy, ale może dlatego też bardziej się go docenia 😉

Jesteś SAMA swoim szefem

Jeśli pracujemy u kogoś, a nie jesteśmy na własnej działalności to w większości realizujemy czyjeś cele i założenia, a więc zadania jakie mamy do wykonania, określane są z góry i nie musimy się o nie troszczyć w zakresie ich wyznaczania, a jedynie w zakresie ich realizacji. Praca w domu jest prowadzeniem własnej firmy. Byciem swoim własnym szefem (i szefem dzieci), managerem i pracownikiem. Wyznaczamy sobie cele, planujemy realizację, rozdzielamy zadania, dbamy o satysfakcję pracowników (również siebie) i o sensowne wynagrodzenie 🙂

Wpis zrobił się długi, ale myślę, że temat ważny, więc mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Dajcie mi znać co o tym myślicie i czego Was nauczyło macierzyństwo? 🙂

 

Największe zaskoczenia porodowe – poród bez tajemnic!

Poród pod wieloma względami bardzo mnie zaskoczył. Wiadomo, każdy ma jakieś wyobrażenia, które są wypadkową tego wszystkiego co słyszymy od innych, tych bardziej doświadczonych i oczywiście tego, co same się dowiemy. Ja też wcześniej poukładałam sobie w głowie, jak to wszystko może wyglądać i co mnie czeka, ale oczywiście życie – jak to życie- dostarczyło wielu zaskoczeń. O tym, co mnie zdziwiło w samym porodzie i czasie przed nim – opowiedziałam w poprzednim wpisie (tutaj). A dzisiaj już będzie nie tyle o sobie, co właśnie o tym małym Bobasie, który w jednej chwili gdy przychodzi na świat, sprawia, że odtąd życie na pewno nie będzie już takie same!

Pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła to waga dziecka. Wydawało mi się, że skoro rodzi się mając 3,5 kg, to od tego dnia ta waga będzie już tylko rosła. Pamiętam jakie było moje zaskoczenie, jak położne przyszły ważyć dziecko na drugi dzień w szpitalu i mówią, że niecałe 200g spadła, więc jest ok. Słucham tego i nie wierzę. Moje dziecko chudnie, zamiast grubnąć i to ma być ok? Dzisiaj chce mi się z tego śmiać, bo jak się tak zastanowić to to nawet jest całkiem racjonalne, bo przecież w pierwszej dobie ten Maluch jest jeszcze cały opuchnięty, pozbywa się połykanych wód płodowych, a do tego pierwszy raz się wypróżnia, więc cóż… ma prawo trochę spaść z wagi! Ale umówmy się- kto na porodówce myśli logicznie? Jak się ma pierwsze dziecko, to najpierw wychodzą emocje, potem zmęczenie, a na końcu odrobina sensownych wniosków, o ile zostanie na nie czas 🙂

Zaraz po tym jak moja Córka się urodziła, lekarz podał mi ją i położył na piersi i… tak już zostało! Przystawiłam ją pierwszy raz chwilę po porodzie i z przerwami na wizyty w łazience, tak już leżałyśmy aż do wyjścia ze szpitala. Dzień i noc. Tego się na pewno nie spodziewałam! Myślałam, że dziecko będzie jadło jak na filmach: 15 minut karmienia i 3 godziny snu. A tu nie! Nawet jak przysypiała, to zamiast się tym cieszyć i też skorzystać, to musiałam ją wybudzać, za radą położnych, bo była dosyć mała, a poza tym trzeba było rozhulać laktację.

Będąc w szpitalu, w pierwszym dniu życia Małej, zaskoczyła mnie jeszcze jedna rzecz. Zmieniałam jednego z pierwszych w życiu pampersów – zaglądam i widzę, że mocz jest w kolorze ceglanym. Nigdy o tym nie słyszałam, więc oczywiście przestraszyłam się, że coś jest nie tak. Spytałam jeszcze sąsiadki, czy synek też tak ma i okazało się, że nie. Spanikowana wezwałam szybko położną, a ona tylko spojrzała na mnie jak na rasową histeryczkę i powiedziała, że to jest normalne w pierwszych dobach życia u dziewczynek. Krew wydalana z moczem, to taka „pseudomenstruacja” wynikająca ze zmian hormonalnych w ciele dziecka. Uff, oczywiście wszystko było dobrze, ale wierzcie mi, że krew w pieluszce potrafi zestresować!

Na dziś to tyle zaskoczeń okołoporodowych. To rzeczy, których nikt mi nie powiedział przed porodem i których nigdzie nie wyczytałam (albo o tym nie pamiętam), a szkoda! Bo z pewnością uniknęłabym kilku stresów! Wiedziałyście o tym? A co Was zaskoczyło w pierwszych dobach życia Dziecka? Dajcie znać!

 

Największe zaskoczenia porodowe!

Jest kilka rzeczy, które zmieniają się w chwili porodu i o których naprawdę nikt nie mówi. Internet jest pełen artykułów na ten temat, w których opisuje się mnóstwo ważnych spraw, choć jednak nie wszystkie. Skąd to wiem? Bo sama się przekonałam. Rok temu, wtedy kiedy przyszła na świat moja Córka. Choć przeszukałam cały internet, dołączyłam na fb do kilkunastu grup parentingowo – ciążowych i naczytałam się poradników, okazało się, że wciąż nie wiem wszystkiego. I na sali porodowej i po wyjściu z niej przeżyłam niemałe zaskoczenie. Dlatego dzisiaj trochę o tym właśnie, co może Was zaskoczyć (albo i nie?), jak traficie po raz pierwszy na porodówkę.

O łzach szczęścia, które pojawiają się zupełnie niekontrolowanie zaraz po porodzie mówi się dużo, więc nie na nich będę się skupiać. Warto jednak dodać, że mało kogo one ominą, bo faktycznie moment porodu to JEDYNA taka chwila w życiu, której opisać się nie da, mimo najszczerszych i najlepszych chęci. Dziesiątki razy przepytywałam z zaciekawieniem doświadczone matki, jak u nich wyglądał poród, pobyt w szpitalu i pierwsze dni w domu, a gdy sama wylądowałam na porodówce okazało się, że jestem kompletnie ZIELONA. Dlaczego? Bo co chwilę działo się coś, czego się nie spodziewałam i czego nie oczekiwałam (przyjmując oczywiście śmiałe założenie, że w obliczu tak strasznego bólu, można w ogóle czegoś oczekiwać poza rychłym ukróceniu tego cierpienia 🙂 ).

Pierwsza rzecz, która mnie meeega zaskoczyła już po przekroczeniu progu szpitala, był fakt, że ja- matka polka w 9 miesiącu ciąży, w 40 tygodniu, ze skurczami co 5 minut, zwijająca się bezwstydnie na krześle, będę czekać na przyjęcie i w ogóle na jakieś zainteresowanie. Nie, nie mówię tego z żadną pretensją do personelu, po prostu myślałam, że to będzie dokładnie tak, jak w filmach: ja wbiegam i krzyczę, że rodzę, a wtedy wszyscy do mnie podbiegają – położne i lekarze trzymają mnie pod pachy, żebym nie upadła i wloką na porodówkę najszybciej jak się da, żebym czasem nie urodziła na korytarzu. A w życiu, jak to zwykle, nie było tak, jak na filmach i lekarka spojrzała tylko na mnie ze stoickim spokojem i powiedziała, że jak skurcze będą co 3 minuty, to wtedy mam zapukać. I tyle. Drzwi się zamknęły. Żałuję, że nie mogłam wtedy zobaczyć swojej miny 😉

Kolejna rzecz, która nie przebiegła zgodnie z moimi wyobrażeniami, to była pierwsza faza porodu. Spodziewałam się, że położna będzie ze mną przez cały ten czas. Że będzie mnie wspierać, mówić co mam robić, zachęcać żebym pochodziła po pokoju, albo proponować różne pozycje i najważniejsze- utwierdzać mnie w przekonaniu, że nie umrę! Ale nic z tego! Przychodziła raz na jakiś czas i badała mnie, nic sobie nie robiąc z tego, że błagałam, by nie robiła tego na skurczu, bo byłam pewna, że odruchowo przyładuję jej nogą w twarz.  To dopiero było dla mnie zaskoczenie! Nie mam pojęcia ile czasu to wszystko trwało i ile jej nie było, bo ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam był upływający czas.

W końcu przyszedł czas upragnionego porodu i tutaj też nie obeszło się bez zaskoczeń. Ja wiem, że zawsze się mówiło, mówi i pewnie będzie mówić, ze w chwili porodu zapomina się o całym bólu. Więc i ja czekałam na to błogie zapomnienie. I jest! Przyszło. Szkoda, że nikt nie mówił, że tylko na chwilę! Faktycznie, jak zobaczyłam moją córkę, całą i zdrową, to jedyne o czym myślałam, to dziękowanie Bogu, bo przecież tyle rzeczy po drodze mogło się wydarzyć… Więc tak, szczęście mnie opanowało bez reszty. Te kilka chwil byłam tylko dla niej. Ale potem? Potem stopniowo do mózgu zaczęły docierać pewne informacje i wspomnienia. I wiecie co? Dzisiaj, rok po porodzie dobrze pamiętam ten ból i choć nie śni mi się on po nocach, to jednak myślę, że nigdy nie zapomnę tego, jakie to było przeżycie. I może dobrze, bo wiem, że zrobiłam to dla Niej! 🙂

To nie koniec okołoporodowych zaskoczeń. Będą jeszcze kolejne, tym razem związane z nowonarodzonym Maluszkiem. Ale to już w kolejnym wpisie. Dajcie znać, co Was zaskoczyło przy pierwszym porodzie? 🙂

Idealna książka na wakacje z dziećmi +konkurs!

Uwielbiam czytać książki. Co prawda czytam dosyć wolno i od kiedy pamiętam, miałam z tym problem, jak słyszałam, że znajomi pochłaniają Harrego Pottera w jeden dzień, albo nadrabiają zaległe lektury w noc przed sprawdzianem. Dlatego zawsze najbardziej lubiłam te pozycje, które wybierałam dla własnej przyjemności, a nie z obowiązku (najczęściej szkolnego). Teraz już nie muszę czytać na czas, ani z nikim się porównywać i mogę sobie pozwolić na moje żółwie tempo, skrywane pod wymówką delektowania się dziełem. Continue reading „Idealna książka na wakacje z dziećmi +konkurs!”

Najlepsze rozwijające zabawy z niemowlakiem- Metoda MONTESSORI

Pierwszy rok życia dziecka, to taki etap, w którym cały czas coś się dzieje. Poza tym, że dziecko rośnie wzdłuż i wszerz, to jeszcze błyskawicznie się rozwija. I chyba to jedyny taki okres w życiu, kiedy zmiany następują tak szybko! Jak przyszła na świat Marta, to wydawało mi się, że ona nigdy nie będzie duża 🙂 No, dobra, wiedziałam, że kiedyś przyjdzie ten czas, ale pamiętam, jak jeszcze pół roku temu patrząc na 10 miesięczne dzieci, sądziłam, że są już naprawdę duże, a moje nadal wydaje mi się jakieś takie… malutkie! I muszę się do tego przyzwyczaić, bo tak już chyba będzie do końca życia! Continue reading „Najlepsze rozwijające zabawy z niemowlakiem- Metoda MONTESSORI”

Sprawdzone przez setki osób sposoby ułatwiające poród!

Dla większości kobiet, samo słowo PORÓD jest już przerażające. Nie jest to temat, na który rozmawia się łatwo, miło i przyjemnie. Nie podejmuje się go na imprezach, nie opowiada się znajomym swoich przeżyć z wypiekami na twarzy. Większość z nas chce zapomnieć. Nie o wszystkim, bo przecież zwieńczeniem porodu jest przyjście na świat pomarszczonego, przestraszonego bobaska, który dla swoich rodziców jest najpiękniejszy na świecie. Ale nie chcemy pamiętać bólu i zwykle dziecko bardzo ułatwia nam tworzenie dziur w pamięci w okresie bezpośrednio poprzedzającym jego narodziny. Są oczywiście takie szczęściary, które o porodzie mówią jak o splunięciu i porównują ten ból do bóli menstruacyjnych. Ale umówmy się, nie jest to standard. Czy jest jakaś szansa, żeby uczynić ten, trudny w samym sobie, poród lepszym? Continue reading „Sprawdzone przez setki osób sposoby ułatwiające poród!”

Kobieta w IT – cz. II – czyli o przebranżowieniu, zdobyciu wymarzonej pracy i starcie w IT!

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją opowieści o przebranżowieniu i starcie w IT. Pierwsza część dostępna jest tutaj, więc jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to zachęcam żeby od tego zacząć! 🙂 Nie będę zanudzać Was przydługimi wstępami, bo zapewne każdy  z Was czeka na konkrety, więc zaczynajmy!

Rozmowa kwalifikacyjna- Jak sobie radzić z „pustym” CV?

To pytanie zadaje sobie pewnie wielu z Was. CV jest bardzo ważnym elementem w procesie rekrutacji, ponieważ to na tej podstawie jesteśmy zapraszani (lub nie!) na rozmowę kwalifikacyjną i dostajemy szansę wykazania się. Jeśli uczysz się programować, ale zupełnie sam i nie masz studiów informatycznych, żadnych certyfikatów, kursów, szkoleń itp. to też musisz dać okazję potencjalnemu pracodawcy do tego, żeby poświęcił czas na skontaktowanie się z Tobą i sprawdzenie, co faktycznie potrafisz. Jak sobie z tym poradzić? Napisz w CV o tym, co udało ci się dotychczas zrobić, np o aplikacji jaką samodzielnie napisałeś, albo projekcie, w którym uczestniczyłeś. Pisałam ostatnio o tym, że warto w ramach nauki, pisać jakąś prostą aplikację i stopniowo ją rozwijać. Taki wpis w CV daje rekrutującemu informację, że nie jesteś zupełnie zielony, i choć z dużym prawdopodobieństwem nie będzie zainteresowany „przeklikiwaniem” Twojego projektu, to z pewnością zwróci na to uwagę i na tym oprze część rozmowy kwalifikacyjnej. Może zapytać o wybór języka programowania, wykorzystane technologie, bazę danych, zastosowane metody, wzorce projektowe i wiele innych rzeczy. W czasie takiej rozmowy można się bardzo dużo dowiedzieć o tym, czy ktoś faktycznie „ogarnia” i czy choć trochę ma pojęcie o programowaniu, czy też linijka po linijce z niezwykłą dokładnością, przepisał podręcznikowe ćwiczenia, uparcie stroniąc od wiedzy i możliwości rozwoju.

Jak to było u mnie? W ramach pracy magisterskiej napisałam program, służący do wyceny nieruchomości przy pomocy 3 różnych metod. Zajęło mi to właściwie cały rok, bo kiedy zaczynałam to robić, dopiero powoli dowiadywałam się czym jest programowanie obiektowe, więc właściwie większość czasu poświęcałam na czytanie i szukanie rozwiązań, a nie na samo programowanie. Ostatecznie właśnie o tym projekcie wspomniałam w CV i krótko opisałam wykorzystane technologie. Był to główny przedmiot zainteresowania na mojej pierwszej (i ostatniej) rozmowie kwalifikacyjnej z „pustym” CV. Każda kolejna była już prostsza, ponieważ mogłam opowiadać na nich o swoim dotychczasowym doświadczeniu w IT.

Od jakiej pracy zacząć?

Od 5 roku studiów geodezyjnych wiedziałam, że chciałabym programować. I cały czas szłam w tym kierunku, bo tym własnie wypełniałam wszystkie swoje wolne chwile. Ale droga do tego celu wiodła mnie również przez inne stanowisko. Początkowo dostałam pracę jako serwisant IT w firmie informatycznej. Nauczyłam się tam przede wszystkim obycia z komputerem i praktycznej pracy z bazami danych, która okazała się mi bardzo pomóc na kolejnym stanowisku. Dzięki temu mój start w IT był „łagodny”, stopniowy i nie przeżyłam dużego skoku na głęboką wodę. Na czym polega praca serwisanta? Pewnie zależy to od firmy, w której przychodzi nam pracować. Moje doświadczenie jest takie, że codziennie przez 8 godzin przyjmowałam zgłoszenia klientów (telefoniczne, lub mailowe), następnie (gdy udało mi się wyciągnąć od rozmówcy sedno problemu), umieszczałam treść zgłoszenia na Mantisie. W międzyczasie te zgłoszenia trzeba było rozwiązywać. Serwisowałam w przeważającej większości aplikację mojej firmy, ale oczywiście nie tylko! Zdarzyło mi się naprawiać problemy z drukarką fiskalną, czy z zawirusowanym komputerem. Czasem trzeba było naprawić komuś zwykłą drukarkę, a czasem zainstalować Windowsa na serwerze. Ale jednak najczęściej pisałam zapytania w bazie danych (u klienta).

Jak wrócić po długiej przerwie?

W podobnej sytuacji są osoby, które mają dłuższą przerwę w pracy w zawodzie, czyli np mamy, przebywające na urlopach macierzyńskich. Z programowaniem jest tak, że jeśli nie idziesz na przód, cofasz się. Cały czas trzeba się douczać. Technologie ewoluują, idą do przodu i jeśli nie idziesz wraz z nimi, to możesz zapomnieć o świetlanej programistycznej przyszłości finansowej i pogodzić się z tym, że i w tym zawodzie ten, kto niewiele umie, nie wiele też zarabia. Sama aktualnie nie pracuję zawodowo, bo zajmuję się dzieckiem, jednak nie zarzuciłam nauki programowania na ten czas. Stosuję najlepszą (moim zdaniem) metodę, czyli praktyka, praktyka, i jeszcze raz praktyka! Ale nie będę za dużo opowiadać o tym co robię, po prostu zaglądnijcie na stronę: www.bestwebby.com . To takie „moje dziecko”, czyli portal, którego jestem współautorem. Chcieliśmy stworzyć aplikację, będącą zbiorem najlepszych portali internetowych, umożliwiającą wyszukiwanie po kategoriach (oraz innych kryteriach), a także ocenianie i komentowanie portali. Choć Bestwebby ciągle jest rozwijane (w ten sposób też się uczę!), to już dziś postanowiłam się z Wami podzielić tym projektem. Dotychczas mamy 4 wersje językowe strony (polska, angielska, niemiecka i hiszpańska). Aplikacja napisana jest w bootstrapie, dzięki czemu można z powodzeniem korzystać z niej również w telefonie, czy tablecie. W naszej bazie danych mamy już ponad 100 tys portali i na bieżąco ją uzupełniamy! Jeśli masz stronę internetową, lub po prostu chcesz podzielić się swoimi ulubionymi stronami, dodaj je do Bestwebby! A jeśli chcecie po prostu docenić moją pracę, a ten projekt Wam się podoba, to zapraszam do polubienia nas na Fb!

Jak dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej?

Skoro już zostaniemy zaproszeni na spotkanie kwalifikacyjne, to dobrze by było wypaść na nim jak najlepiej. Pamiętam, że na swojej rozmowie powiedziałam przyszłemu szefowi, że moją mocną stroną w tym momencie nie jest to, ile umiem, ale to, jak szybko się uczę i chyba go nie okłamałam, bo gdy odchodziłam z pracy, przypomniał mi te słowa i potwierdził z pełnym przekonaniem. Chodzi o podejście do pracy i choć o tym, jaka jest prawda szef przekona się dopiero jakiś czas po podjęciu z tobą współpracy, to jednak warto już w trakcie pierwszego spotkania, pokazać, że nie boisz się wyzwań i potrafisz rozwiązywać problemy.  I nie, nie uważam, że na rozmowie trzeba „grać” pewnego siebie, nawet jak w środku się telepiesz. Trzeba zmienić nastawienie i przyzwyczaić się do sytuacji, że czegoś nie wiesz, że nie rozumiesz, albo, że czegoś nie ogarniasz. Nowa praca, nowy zawód i czasem też zupełnie inny specjalistyczny, techniczny język – jeśli Cię to przeraża, to prędzej czy później ta sytuacja cię przerośnie. Musisz się przyzwyczaić do sytuacji, w której ciągle czegoś nie wiesz i dać sobie do tego prawo. W dobrym zespole i ambitnej pracy jeszcze przez jakiś czas tak będzie. Ale właśnie to daje Ci ogromne perspektywy rozwoju, więc jeśli tak się czujesz, to dobrze trafiłeś!

Jak dobrze wystartować w IT?

No właśnie – przychodzi nowa osoba do zespołu. I co robi? Otóż są dwa typy ludzi i pozwólcie, że podzielę się moją osobista refleksją – choć może nie taką znowu osobistą, bo jest ona poparta nie tylko moimi doświadczeniami, ale i rozmowami z innymi informatykami.

Pierwszy typ to Zosia Samosia. To osoba, która w życiu stawia na samodzielność. Nigdy nie poprosi o radę, nigdy nie podpyta o rozwiązanie, ani nawet podpowiedź. Jak czegoś nie wie, to udaje, że wie, żeby potem nadrobić to w zacisznej atmosferze swojego informatycznego kącika. Nie ma żadnych granic i potrafi tygodniami siedzieć nad jednym zagadnieniem, żeby dojść do rozwiązania samodzielnie.  

Drugi typ to Pytek. Pytek to przeciwieństwo Zosi Samosi. Ten z kolei nic nie wie i niczego nie jest pewien. Gdy dostanie zadanie, to zanim jeszcze zdąży go przeczytać, leci zapytać kolegi, o co chodzi. Ale nie tylko jednego. Chodzi po wszystkich w zespole i dopytuje. Każdemu przerywa pracę, w efekcie czego większość dnia poświęca na przeszkadzanie innym. Nie traci czasu na zaglądnięcie do googli, czy na „Stack’a„. Całą swoją pracę opiera na tym, co wyciągnie od innych. Każdy średnik zweryfikuje najpierw ze wszystkimi w zespole, zanim „zakomituje” zmiany. 

Jak się można domyślić, żaden z tych typów nie jest pożądany z punktu widzenia pracodawcy. Zosia Samosia marnuje jego pieniądze na nadmiarowe godziny spędzone na rozkminianiu rzeczy, które ktoś mógł wytłumaczyć jej w 5 minut. Z kolei Pytek marnuje jego pieniądze, kradnąc czas innych członków zespołu, który mogliby poświęcić na swoją pracę, sam pracując przy tym wyłącznie odtwórczo. Dobry pracownik charakteryzuje się równowagą między tymi dwoma skrajnościami: najpierw sam analizuje problem, poświęca chwilę na zastanowienie, szuka rozwiązań, przegrzebuje stacka i próbuje zrobić zadanie. Dopiero gdy utknie w martwym punkcie, to startuje do kogoś po pomoc.

Czy kobietom w IT jest trudniej?

Kiedyś był taki stereotyp, że kobieta informatyk istnieje, ale tylko w dowcipach (i to słabych), a w życiu, jeśli się już zdarzy, to jest jednym wielkim pośmiewiskiem, na widok którego chowasz ręce w twarz i sam nie wiesz, czy śmiać się, czy płakać. W dzisiejszych czasach kobiet w IT jest naprawdę sporo, ale zawód programisty jest wciąż jeszcze zdominowany przez mężczyzn. Mimo to kobiety chcą iść w tym kierunku i coraz więcej z nich ma odwagę przełamywać te schematy, co jest oczywiście super, jeśli idzie to  w parze z predyspozycjami i konkretnymi umiejętnościami (choć kryterium to tyczyć się powinno także mężczyzn). Czy przez stereotypy, które wciąż są obecne w społeczeństwie, kobietom jest trudniej?

Kiedy zaczynałam pierwszą pracę w IT (jako serwisant), to bardzo często spotykałam się z reakcjami klientów w stylu:

  • „Prosiłem, żeby mnie połączono na serwis”
  • „Tak, jest Pan na serwisie!”
  • (chwila ciszy) „A to mogę rozmawiać z jakimś serwisantem?”
  • „Tak, przy telefonie, proszę mówić”
  • „A…. aha. A mogę z jakimś serwisantem … FACETEM?”

Część klientów w ogóle nie decydowała się na rozmowę ze mną, właśnie dlatego, że jestem kobietą. Więc potwierdzam, że start faktycznie jest trudniejszy, bo jak kobieta odbiera słuchawkę na serwisie, to większość osób przeklina, że znowu coś ich przełączyło do sekretariatu. Osobiście nigdy nie brałam tego do siebie. I tak miałam tyle pracy, że nie miałam czasu jeszcze zabiegać o względy tych upartych klientów. Dopiero X szybko i satysfakcjonująco rozwiązanych zgłoszeń sprawiło, że przekonałam do siebie początkowo upartych niedowiarków, a okazji do tego miałam wiele, bo zdarzało się że na serwisie byłam sama i z braku laku musieli korzystać z moich usług. Gdy odchodziłam z pracy, wielu z nich chciało już rozmawiać tylko ze mną. Nie mówię tego, żeby się pochwalić (to też, wiadomo!), ale po to, żeby Wam uświadomić, że jeśli ktoś jest dobry w tym co robi, to to wyjdzie – nawet pomimo początkowych uprzedzeń. W kolejnej pracy – jako programistka, nie spotkałam się już z takim podejściem. Wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że w pewien sposób miałam przez to łatwiej, a przynajmniej taka jest opinia moich współpracowników, bo podobno nie zdarzyło się by ktoś na spotkaniach porannych zbierał pochwały za swoją pracę, a mi się to przytrafiło nie raz. Więc może to faktycznie bonus za bycie kobietą i za te wszystkie niesprawiedliwe stereotypy, które musimy dźwigać? 🙂

Znowu się strasznie rozpisałam, ale to temat, którym żyję i mogłabym o nim pisać bez końca… Jeśli macie jakieś jeszcze pytania, to czekam na nie w komentarzach, być może za jakiś czas zrobimy trzecią część 🙂