Szczerze o tym, jak to jest być blogerem, czy warto i URODZINOWY KONKURS!

Minął dokładnie rok od kiedy założyłam tego bloga, a właściwie od kiedy pojawiła się tutaj pierwsza notka (no może nie zupełnie TUTAJ, bo domenę mamazpowolania.pl mam dopiero od lipca, kiedy to moje marzenia o blogowaniu okazały się być bardziej realnym planem, niż tylko odruchem słomianego zapału 😉 ) Przez ten czas dużo się zmieniło, ja również się zmieniłam, a ten blog cały czas mi w tym towarzyszył. Z tej okazji, postanowiłam napisać szczerze o tym, jak wygląda prowadzenie bloga, po co to robię, co z tego mam, ile zajmuje mi to czasu i czy warto się tym zajmować. Czasem znajomi pytają mnie o to, a czasem dostaje wiadomości od obcych mi osób (choć pewnie nie tak zupełnie obcych, bo takich, które tu zaglądają i trochę mnie już znają), więc postanowiłam, że wykorzystam tę okazję, żeby trochę na ten temat opowiedzieć. Wiem, że wpis będzie trochę długawy, ale wybaczcie, myślę, że z okazji urodzin bloga, mogę sobie na to pozwolić, żeby podzielić się czymś więcej, szczególnie, że dotychczas nie było tutaj jeszcze żadnej notki w tym stylu, a następna pewnie trafi się za… kolejny rok 😉DSC_4269

Moje początki i pierwsza zasada blogowania

Założyć bloga chciałam już dawno, ale… zawsze kończyło się na tym, że wymyślałam nazwę, albo utknęłam na ustawieniach witryny. Chyba raz udało mi się nawet napisać notkę na powitanie, ale okazało się, że nikt tam nawet nie zaglądnął, więc się zniechęciłam. Źródła tego zniechęcenia, to dla jednych oczywiste, a dla innych zupełnie nowe fakty, czyli pierwsza zasada blogowania: Nie wystarczy fajnie pisać, żeby ludzie to czytali. Nie, nie wystarczy! Nawet jeśli masz super styl, ludzie uwielbiają cię słuchać/ czytać, to jeszcze nie oznacza, że twój blog odniesie sukces. Sukces bloga zależy od wielu czynników, które na dodatek muszą zaistnieć równocześnie, żeby faktycznie zrealizować ten cel. Teraz już doskonale to wiem.

Blog pisze się dla innych- nie dla siebie

Umówmy się: nikt z nas nie pisze bloga dla siebie. Gdybym pisała to tylko dla siebie, to nie dodawałabym ładnych zdjęć, nie rozkminiałabym tagów każdej notki, które pozwolą wam znaleźć ją w sieci, a przede wszystkim: nie promowałabym bloga np. prowadząc funpage! Robię to wszystko po to, żeby docierać do ludzi. Dlatego jestem wdzięczna, za każde udostępnienie moich wpisów, za lajk, czy komentarz. Czasem spotykam się z tym, że ktoś pisze mi prywatną wiadomość, że temat, o jakim napisałam jest mu bliski, albo dziękuje za coś, co napisałam. Chcę przede wszystkim powiedzieć, że jest to bardzo, bardzo miłe, ale zawsze żałuję, że nie zostało to napisane pod konkretnym wpisem, bo oprócz tego, że jest to miłe, pomaga mi to wtedy zwiększyć zasięg, a na tym zależy każdemu Blogerowi. DSC_4265

Co z tego mam, czyli czy na blogowaniu da się zarobić?

Tutaj oczywiście dochodzimy do kolejnego punktu- chyba tego, który najbardziej interesuje każdego, kto myśli o rozpoczęciu takiej działalności, czyli pytanie o to, co z tego mam. Póki co, mogłabym powiedzieć, że nic, ponieważ blog nie przynosi mi żadnych regularnych zarobków. Oczywiście, po jakimś czasie, zaczęłam dostawać różne propozycje, ale szczerze mówiąc, było ich raptem kilka, a i tak z połowy nie skorzystałam. Ostatnio np. odmówiłam współpracy, mimo wcześniejszego zainteresowania nią, ponieważ zaproponowano mi reklamę, w formie dla mnie nie do zaakceptowania. Nie lubię chamskich i nachalnych reklam, więc takich na moim blogu nie będzie, niezależnie od tego, czy mam tu teraz 750 followersów, czy będzie ich kilka tysięcy (może kiedyś będzie :)) To tylko jedna strona medalu – druga jest taka, że naprawdę szanuję swoich czytelników i nie chce im wciskać kitu. Uważam zresztą, że taka postawa popłaca (nie tylko w blogowaniu :D). Dziś już mogłabym mieć pewnie jakieś korzyści z kilku sponsorowanych wpisów, ale pewnie ludzie zniechęceni taką postawą, zaglądnęliby tu raz i więcej by nie wrócili. Dlatego wolę postawić na lojalność- wobec siebie i czytelników. Jeśli kiedyś na tym blogu znajdziecie reklamę jakiegoś produktu, to tylko takiego, którego sama używam i mogę polecić z czystym sumieniem!

DSC_4255

Mam też świadomość, że mój blog nie jest standardowy, ponieważ mimo, iż mieści się w kategorii parentingowej, to jednak nie znajdziecie tutaj zdjęć mojego dziecka (no, może jedno jest i nie jest to przypadek 🙂 ), ani za wielu moich zdjęć. Jest ich tyle, żebyście wiedzieli jak wyglądam, ale to nie one są treścią tego bloga i nigdy nimi nie będą. Wiem, że w ten sposób można znacznie zwiększyć swoje grono odbiorców, ale … szczerze mówiąc, nie mam czasu na robienie zdjęć do każdego wpisu i wolę jednak skupić się na treści, nawet jeśli forma również mogłaby wiele wnieść.

Co już udało mi się zrobić?

Krótkie podsumowanie tego, co udało mi się już zrobić przez ten pierwszy rok- chyba bardziej dla mnie, niż dla Was, ale być może kogoś zainteresuje, ile pracy włożyłam w tego bloga 🙂

  • Założyłam domenę „Mamazpowolania.pl
  • Napisałam 59 wpisów (dzisiejszy jest 60! )
  • Mam już 760 followersów na facebooku!
  • Mojego bloga odwiedziło prawie 90 000 osób!
  • Założyłam kanał na Youtubie i nagrałam 3 filmy (będę to kontynuować w nowej formule! J )

 

I oczywiście mam też już plany na to, co przede mną, czyli na najbliższy rok i mam nadzieję, że będę miała czym się pochwalić w maju przyszłego roku.

Jak wygląda codzienna praca blogera?

Tymczasem jeszcze kilka słów o tym jak wygląda blogowanie na co dzień. Otóż nie kończy się to na wrzuceniu notki raz na jakiś czas. Przede wszystkim liczy się regularność. Jeśli nic nie pojawia się na blogu przez dłuższy okres czasu, to z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem umrze on śmiercią naturalną. To kolejna ważna zasada blogowania. Od bloga nie ma urlopu ani L4!

Oprócz tego, ważne jest prowadzenie funpage, bo to zwykle w ten sposób ludzie dowiadują się o istnieniu bloga, a potem o pojawiających się na nim wpisach. Trzeba popracować nad wyglądem swojej witryny, żeby wyglądała ona estetycznie i żeby zachęcała do ponownych wizyt. Poza tym ważne są zdjęcia, nawet jeśli nie robimy ich sami, to trzeba trochę pogrzebać w Internecie żeby znaleźć takie, jakie nam odpowiadają. To wszystko zajmuje więc sporo czasu. Ile konkretnie? To zależy jak dużo chcemy robić i na jakim poziomie. Wiem, że można napisać notkę w 15 minut i wrzucić ją na bloga, ale osobiście nigdy tak nie robię. Zawsze staram się wcześniej ułożyć w głowie to, co mam do powiedzenia i nie wrzucać pojedynczych myśli, tylko rzeczowy i sensowny artykuł, z którego będzie się dało coś wyciągnąć dla siebie (mam nadzieję 🙂 ). Trwa to oczywiście znacznie dłużej, bo jest to zwykle kilka godzin pracy, ale tutaj znowu chodzi o szacunek do czytelników, a nie tylko o zwabienie ich „klikanym” tytułem, niewiele mającym wspólnego z treścią artykułu…

Na marginesie muszę dodać, że większość moich artykułów kieruję do mam i przyszłych mam, w związku z czym zwracam się w nich do kobiet. I w tym miejscu, przepraszam WSZYSTKICH panów, bo wiem, że i oni tu czasem zaglądają! Mam nadzieję, że wybaczycie mi to perfidne i notoryczne pomijanie Waszej obecności! Obiecuję w tej kwestii poprawę, a jeśli się zaniedbam, to śmiało zwracajcie mi uwagę! 🙂

Czy w takim razie w ogóle warto się tym zająć?

Obiecałam jeszcze napisać, czy warto się zajmować blogowaniem i odpowiedź na to pytanie, zostawiłam sobie na koniec. Otóż uważam, że jeśli ktoś chce to zrobić, bo myśli, że to łatwy sposób na zarobek, to zdecydowanie NIE. Ani to łatwe, ani też nie ma żadnej gwarancji, że uda się osiągnąć sukces. Kluczowe jest też to nastawienie, bo jeśli nie ma w tym pasji, to myślę, że nikt długo miejsca nie zagrzeje na takim blogu. Ludzie nie są głupi i wyczują każdy fałsz, więc warto być z nimi szczerym. I oczywiście ze sobą. Jeśli chcesz to naprawdę robić, to zacznij to robić. Myślę, że warto!

DSC_4257

Celem tego artykułu było przybliżenie Wam trochę mojej osoby i pracy blogera. Mam nadzieję, że Wam się przyda! A na koniec, przygotowałam urodzinowy konkurs, w którym możecie wygrać pierwsze gadżety z Mamy z Powołania! Zapraszam Was do wzięcia w nim udziału – szczegóły poniżej! 🙂

 

UWAGA KONKURS URODZINOWY !!!

Do wygrania 3 bawełniane torby na zakupy z Mamą z Powołania!

Wystarczy, że odpowiesz na pytanie (odpowiedzi udziel koniecznie w komentarzu pod wpisem, a nie na fb!):

„CO NAJBARDZIEJ ZASKOCZYŁO CIĘ W MACIERZYŃSTWIE?”

A przy okazji będzie miło, jeśli polubisz funpage Mamazpowolania oraz TEN wpis na fb! 

 

REGULAMIN KONKURSU:

  1. Jedna osoba może wziąć udział w konkursie jeden raz.
  2. Użytkownik biorący udział w konkursie musi być autorem zgłaszanego tekstu do konkursu.
  3. W konkursie biorą udział komentarze zamieszczone pod tym wpisem na blogu w dniach od 24 maja do 2 czerwca 2017 roku.
  4. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi najpóźniej do dnia 4 czerwca 2017 roku.

POWODZENIA!!!

 

WYNIKI KONKURSU link

Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?

Sytuacja wydarzyła się w jednej z krakowskich galerii, ale właściwie mogłaby wydarzyć się wszędzie i tak pewnie na co dzień się dzieje. Ale ja pierwszy raz widziałam coś takiego, a przynajmniej na taką skalę. Robiąc zakupy w Auchan, minęłam młodą kobietę, która w ręce trzymała telefon i wydawała się być bardzo zaangażowana w prowadzoną przez niego rozmowę o sobotniej imprezie i opowieścią o tym, jak się po niej czuła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chwilę później dostrzegłam, biegnącą za nią, małą dziewczynkę. Miała może 3-4 lata. Continue reading „Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?”

Ile się należy za Chrzciny?

Chrzciny to pierwszy Sakrament i często pierwsza tak duża impreza, którą organizujemy dla Niemowlaka (no , może bardziej dla jego rodziny, bo sam zainteresowany nie bardzo jeszcze wie, o co chodzi!). Jasne, nie w każdym przypadku, bo są i tacy co chrzest przyjmują w dorosłym życiu, albo i tacy, dla których obchody Chrztu zaczynają się i kończą w Kościele. Ale nie oszukujmy się, większość z nas podchodzi jednak do tematu w sposób tradycyjny i po Mszy, szykuje mniejsze lub większe przyjęcie dla rodziny i Chrzestnych. I jak na przyjęcie przystało, wiąże się ono również ze sporym wydatkiem, ale oczywiście nie jedynym, jaki czeka nas w tym dniu. Continue reading „Ile się należy za Chrzciny?”

Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!

Będąc w przychodni, z dwumiesięczną Martą w chuście, chodziłam sobie wzdłuż korytarza tam i z powrotem i czytałam jej na głos opisy zdjęć, wiszących na ścianach. Czasem komentowałam też to, co było na zdjęciach. Kolejka była długa. Tłumaczyłam Dziecku, że musimy poczekać na swoją kolej, i że za każdym razem jak ktoś wchodził do gabinetu, mówiłam ile osób jeszcze przed nami. Continue reading „Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!”

Jak bezmyślni kierowcy, utrudniają matkom życie

Dziś wpis z serii Mama w wielkim mieście. Taka historia zdarza się na co dzień w wielkim mieście, bo kierowcy ciągle popełniają ten sam błąd. Nie pierwszy raz zdarza mi się taka sytuacja. W przeciwnym wypadku  pewnie bym to przemilczała, jak miało to miejsce poprzednim razem. To, że są kierowcy, którzy utrudniają innym życie, jest oczywiste, i chyba każdy kto choć raz jechał po Krakowie w godzinach szczytu, wie o czym mówię. Continue reading „Jak bezmyślni kierowcy, utrudniają matkom życie”

Dziewczynka czy chłopiec- jak rozpoznać płeć dziecka?

Przez dziewięć miesięcy ciąży lekarzom nie udało się określić płci mojego dziecka. Na początku długo, długo nie było żadnych teorii, potem na 100 % był chłopiec, po jakimś czasie dziewczynka, a na koniec dowiedziałam się, że… już nie wiadomo… Jeśli chcecie poznać tę historię, to możecie przeczytać o tym tutaj: http://mamazpowolania.pl/dziewczynka-czy-chlopiec-czyli-pomylki-usg/
Dlaczego o tym piszę? Zainteresowanie brzuchem ciężarnej jest zjawiskiem powszechnym. Mamy wokół siebie mnóstwo ludzi (znajomych i nieznajomych), którzy nie mogąc doczekać się informacji o płci dziecka próbują wróżyć z fusów i na własną rękę stawiać diagnozę. To wróżenie z fusów to naturalnie babcine metody rozpoznawania płci dziecka, o których słyszał chyba każdy. Oczywiście, nie ma co się oszukiwać, ich sprawdzalność w większości wypadków (choć nie wszystkich), wynosi 50% – nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiamy weryfikować, czy czasem się u nas nie sprawdzą!
Zebrałam dla Was te powszechnie znane i te mniej znane metody. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, które się u  Was sprawdziły i kiedy poznaliście płeć dziecka! 🙂
Klikajcie:

Cała prawda o idealnych Dzieciach i idealnych Matkach

Często słyszę historie o niemowlakach, które przesypiają całe noce, jedzą samodzielnie, albo potrafią godzinami bawić się same. To są dzieci, które można wszędzie ze sobą zabierać, przy których można zapraszać znajomych, a one grzecznie śpią w pokoju obok, które potulnie znoszą wszystkie wizyty u nachalnych cioć, zakupy w galeriach handlowych i przesypiają całą Mszę w kościele.Chyba każdy rodzic słyszał choć raz takie opowieści – o dzieciach IDEALNYCH. Continue reading „Cała prawda o idealnych Dzieciach i idealnych Matkach”

Jak zorganizowałam swój dzień z dzieckiem?

Czas po porodzie przypomina życie w marazmie – niedospanie, przemęczenie i jeden wielki chaos. Ja pierwsze dwa tygodnie życia mojej Córki pamiętam jakby przez mgłę: dni zlewały mi się z nocami, z domu prawie nie wychodziłam (poza jednym spacerem po osiedlu, który był wieeelkim urozmaiceniem- czułam się jakbym zdobywała górskie szczyty!) i cały mój świat ograniczał się do tej Małej Istotki. Z czasem wszystkie czynności, które trzeba wykonywać przy dziecku, szły mi co raz lepiej, ale nadal czas jakby przeciekał mi między palcami. Tak, wiem, że oklepane, ale po porodzie naprawdę wszystko się zmienia. Czasem orientowałam się, że jest już południe, a ja jeszcze nie zaczęłam szykować obiadu. Ba! Nawet nie przebrałam się z piżamy.

Tak mijał dzień za dniem, a ja dochodziłam do wniosku, że czuję się co raz gorzej ze sobą. Nie miałam żadnych stałych punktów w ciągu dnia. Wszystko zależało od dziecka. I tak po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że ja w ogóle nie jestem ważna, nie mam nic swojego. Wierzcie mi, że chodzenie cały dzień w piżamie było fantastyczne, gdy po pracującym tygodniu, można było w sobotę pozwolić sobie na taki luksus. Ale jeśli tak wygląda codzienność, to można się w tej piżamie totalnie zakisić. Już widzę ten tłum idealnych matek, które z satysfakcją chcą mi powiedzieć: „A ty myślałaś, że macierzyństwo to będzie odpoczynek i czas dla siebie!”. Nie, tak to nie myślałam, za to myślałam, że nie trzeba poświęcać 100% siebie i rezygnować ze wszystkich własnych potrzeb. I wiecie co? Dalej tak myślę!

Ale nie tylko, o to chodzi. Kiedy pracowałam zawodowo, to czerpałam satysfakcję ze swojej pracy, z rozmów z ludźmi i zrealizowanych wyzwań, które podejmowałam. Po całym dniu, mogłam sobie powiedzieć, że naprawdę dużo dziś zrobiłam: byłam na ważnym biznesowym spotkaniu, rozwiązałam skomplikowany problem klienta, napisałam fragment kodu, który się ładnie skompilował, a na koniec poszłam jeszcze na lekcje angielskiego, albo wieczorny fitness. Tak, to jest dzień pełen przeżyć i emocji! Mam prawo po im odpocząć: wziąć relaksującą kąpiel i walnąć się na łóżko, a w telewizji puścić najgłupszy serial, jaki akurat grają i totalnie się „odmóżdżyć”. A jak będę miała ochotę, to zasnę i porządnie się wyśpię, bo przecież muszę mieć siły na kolejny dzień.

A teraz? Czasem po całym dniu, wydaje mi się, że nic nie zrobiłam. Gdy siadam do wieczornego karmienia, zastanawiam się, czemu ja jestem taka zmęczona. W sumie nawet głupio komuś o tym powiedzieć, no bo czym ja niby jestem taka zmęczona – tym że włączyłam pralkę? Albo przeszłam się z dzieckiem na spacer? No właśnie, brzmi żenująco więc jak się tym dzielić z kimś, kto właśnie wrócił z pracy, gdzie robił naprawdę WIELKIE i WAŻNE rzeczy?

De facto jestem teraz na urlopie (bo tak to ktoś nieszczęśliwie nazwał) macierzyńskim, a ludzie na urlopach najczęściej odpoczywają. Powinna być przy tym jakaś gwiazdka z dopiskiem, że MATEK TO NIE DOTYCZY, bo przecież praca jest w trybie całodobowym 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu i to taka, której właściwie nie widać, więc ciągle niby pracujesz, a właściwie wygląda to tak, jakbyś nic nie robiła cały dzień.W pewnym sensie nie chodzi już nawet o innych, tylko o to, że sama dla siebie miałam poczucie, że nic nie robię. Więc zrobiłam mały test. Wzięłam kartkę i zapisałam na niej wszystkie rzeczy, które zrobiłam tego dnia. I ciągle przypominałam sobie coś jeszcze i coś jeszcze. Kartka zapełniła się w kilka minut. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to nie jest tak, że robię za mało, tylko że robię wszystko mechanicznie i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. Wierzcie mi, że jak zobaczyłam tą listę, to byłam z siebie naprawdę dumna!

I od tej pory robię tak codziennie,z tym że zapisuje wszystko rano, a nie wieczorem. Codziennie przy śniadaniu, albo porannym karmieniu, wpisuję sobie w kalendarz wszystkie rzeczy, które chcę zrobić. Nawet te małe, bo przecież choć puszczenie prania trwa tylko 10 minut, to nie zmienia to faktu, że ja w tym czasie nie leżę do góry brzuchem, tylko jednak pracuję! Nie zapisuję tylko tych rzeczy, których wykonanie trwa krócej, niż ich zapisanie- więc zasada jest prosta. 🙂

Cały dzień lista leży na wierzchu, w widocznym miejscu, a ja co jakiś czas podchodzę do niej i odznaczam kolejne czynności. Czuję się super, jak wieczorem patrzę na pełną listę i WIEM po czym jestem zmęczona. A Ty? 🙂

_________________________________________________________________

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz lub daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Dziękuję!

Moja ostatnia wizyta u pediatry- mądrości o rozszerzaniu diety i szczepieniach, które zwalają z nóg.

Zastanawiałam się czy o tym pisać, bo nie do końca wiedziałam jak ugryźć temat. Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co mnie ostatnio spotkało, gdy wybrałam się do lekarza z dzieckiem.  Pediatra już wcześniej wzbudziła moje wątpliwości, co najmniej kilkoma rzeczami, ale postanowiłam dać jej jeszcze szansę. Być może brzmi to teraz jakbym właśnie wyłoniła się z tłumu matek, które wiedzą najlepiej i dla których lekarz nie jest żadnym autorytetem, bo przecież w internecie wyczytały, że jest inaczej. A jednak tak nie jest, bo muszę przyznać, że zawsze ceniłam sobie lekarzy i ich wiedzę i nadal ją cenię, choć oczywiście lekarz to też człowiek, więc dla mnie podstawą jest zaufanie, jakim muszę darzyć tą osobę. Czasem wychodzi to bardzo naturalnie, jak np. było z lekarzem prowadzącym moją ciążę – trafiłam do pani doktor przypadkiem i już zostałam bo okazała się być bardzo profesjonalna, a poza tym otwarta na zadawanie pytań, co w pierwszej ciąży było kluczowe. Niestety nie zawsze tak jest…

Lekarza dla Marty nie wybierałam specjalnie, po prostu zapisałam ją do swojej przychodni ( z której ja byłam zadowolona), a o wybór lekarza nikt mnie nie pytał – po prostu udałam się do pani doktor, która akurat miała dostępny pasujący mi termin. I chyba to był błąd. Pierwsza wizyta odbyła się 2 tygodnie po porodzie. Pani doktor była zdziwiona, że przychodzimy i powiedziała, że nie ma takiej konieczności i w ogóle nie wie po co w szpitalach dają takie zalecenie. Ogólnie wizyta pod znakiem narzekania: książeczki zdrowia robią złe (bo mało miejsca, żeby coś wpisać), karty ze szczepienia jeszcze nie ma – to źle, a do tego w szpitalu zlecili badania, a ona uważa, że to za wcześnie (mówiła pisząc skierowanie).

Kolejna wizyta upłynęła pod hasłem: „Nie mam czasu”. To był dzień szczepienia, więc miałam kilka pytań z tym związanych. Pani doktor kilkakrotnie powtórzyła, że ona ma też innych pacjentów i NIE MA CZASU na dyskusję na temat szczepień. Dodam może jeszcze tylko, że o dyskusji nie było nawet mowy, chodziło tylko o uzyskanie odpowiedzi na pytanie o to, co zrobić jak szczepienie 5 w 1 będzie wycofane, skoro powinno się kontynuować tą samą szczepionką. Odpowiedzi oczywiście nie otrzymaliśmy. Chociaż nie! Odpowiedź brzmiała: „Przecież ja mówiłam Państwu, że planują wycofać, więc powinni się Państwo na to przygotować”. Zapomniała tylko dodać, jak. No cóż. Już wtedy byłam bardzo zdziwiona taką postawą, ale starałam się to zrozumieć, bo faktycznie za nami w kolejce do gabinetu stała już kolejna para z dzieckiem.

Po upływie dwóch miesięcy, znów zjawiliśmy się u Pani doktor. Tym razem postawiła duży nacisk na konieczność rozszerzania diety, bo już jest najwyższa pora (Marta skończyła dopiero 4 miesiące). Wręczyła nam kilka ulotek z różnych firm produkujących jedzenie dla niemowląt i rozszerzanie diety uzasadniła tym, że im więcej smaków dziecko pozna między 4-6 miesiącem, tym lepiej będzie później jadło. Ponadto usłyszałam od niej, że przecież z dnia na dzień mogę stracić pokarm, więc lepiej żeby dziecko miało jakąś alternatywę i mogło wtedy zjeść co innego. Po tych słowach wycofałam się z rozmowy ( a przepraszam, na rozmowę czasu nie było! To tylko monolog lekarki, którego jak uczniowie w szkole mieliśmy wysłuchać. Czasu na pytania słuchaczy- brak).  Powiedzieliśmy, że z rozszerzaniem diety planowaliśmy poczekać do 6 miesiąca, co pani doktor skomentowała milczeniem i zanotowała w karcie, że jesteśmy niechętni na rozszerzanie diety, mimo jej tłumaczeń ( o czym dowiedziałam się później :))

Hitem była jednak moja ostatnie wizyta. Ostatnia – dosłownie, ponieważ więcej się tam nie wybieram. Najpierw niepytana powiedziałam, że po ostatnim szczepieniu u mojego dziecka wystąpiła bezsenność. Początkowo zostałam wyśmiana, że łączę to ze szczepieniem, a potem potraktowano mnie prychnięciem, gdy powiedziałam, ze dziecko nie mogło przespać ciągiem więcej niż pół godziny, bo się wybudzało. I to by było na tyle rozmowy na ten temat. Gdy powiedziałam, że nie chcę łączyć szczepień, lekarka uśmiechnęła się z politowaniem i powiedziała, że można łączyć wszystkie szczepienie na raz i nie ma w tym żadnego problemu. I po chwili zapytała zniecierpliwiona: „To co mam tutaj wpisać (w karcie szczepień)? Bo mi jest wszystko jedno!” Potem na informację, że dziecko nie je za wiele, zareagowała bardzo agresywnie, mówiąc, że od tego są rodzice, że nikt za mnie dziecka karmić nie będzie. Dowiedziałam się, że żadne dziecko nie będzie jadło chętnie i trzeba go do tego zmusić na początku, dlatego do karmienia potrzebne są zawsze 2 dorosłe osoby (aż się bałam spytać, co te dorosłe osoby mają robić dziecku). Co mi pozostało? No tylko poinformować męża, ze musi się zwolnić z pracy, żebyśmy mogli karmić dziecko codziennie we dwójkę. 🙂 Postanowiłam się już nie odzywać i zmienić lekarza.

I wam też to polecam, jeśli trafiliście podobnie. Dobry pediatra to podstawa i nie ma chyba sensu oddawać swojego dziecka w ręce kogoś, do kogo kompletnie nie macie zaufania. Koniecznie dajcie znać, czy mieliście podobne doświadczenia!