Najlepsze sposoby na niejadka, czyli jak sobie poradzić z niechęcią do jedzenia u dziecka?

Jeśli Twoje dziecko nie chce jeść, to prawdopodobnie usłyszałaś już setki porad żywieniowych od znajomych, lekarza, babci i sąsiadki. To jeden z tych tematów, na które każdy chętnie się wypowie i w których teorii jest tyle, ilu doradców. I właściwie można to dosyć łatwo wytłumaczyć, bo każde dziecko jest inne i pewnie metod żywienia, które odnoszą dobre skutki też jest całe mnóstwo. Mimo wszystko, pokuszę się o zebranie i podsumowanie tych, które moim zdaniem są naprawdę skuteczne, a być może posłużą i Waszym Maluchom, albo chociaż dadzą jakiś punkt zaczepienia.

Zasada pierwsza: Nie zmuszaj dziecka do jedzenia!

Dla większości dorosłych ludzi jedzenie jest przyjemnością, a nie smutną koniecznością. Kolacja to okazja do romantycznej randki, spotkania z przyjaciółmi, albo rodzinnego spotkania przy stole i opowiedzenia sobie o całym dniu. Dobieramy sobie potrawy, które lubimy, poświęcamy godziny na szykowanie wykwintnych dań i zostawiamy w restauracjach mnóstwo pieniędzy, ale przecież nikt by tego nie robił, gdyby jedzenie nie sprawiało nam przyjemności. Dążę do tego, że dziecko zmuszane do jedzenia, nie zobaczy w tym nic fajnego, tylko będzie ciągle starać się tego unikać. A trauma związana z awersją do jedzenia może pozostać na całe życie…

Opowiem Wam pewną historię, która być może komuś z Was będzie bliska.

Sytuacja ma miejsce w przedszkolu. Jak zwykle w środę, po basenie, dzieciom podano pierwsze danie obiadu i jak zwykle była to zupa grzybowa. Pewna dziewczynka nie znosiła grzybów, a cyklicznie powtarzająca się zupa grzybowa mogłaby być nawracającym koszmarem sennym, gdyby nie to, że miała miejsce na jawie. W pewnym momencie jedna z przedszkolanek podeszła do dziewczynki i zapytała:

  • Dlaczego nie jesz?
  • Bo nie lubię grzybów
  • To zjedz chociaż zupę, a grzyby zostaw.

Ta propozycja wcale nie brzmiała lepiej. Ale mimo wszystko, dziewczynka posłusznie zjadła zupę. Po chwili podeszła do niej kolejna przedszkolanka i powiedziała:

  • A co to za zostawianie jedzenia? Zjedz te grzyby natychmiast!

I stojąc nad nią, dopilnowała, żeby na talerzu nic nie zostało. Zrozpaczona dziewczynka, nie mogąc przełknąć grzybów, trzymała je w buzi, chcąc wypluć je przy najbliższej okazji. Okazji nie było, aż do powrotu do domu. Leżakowanie i jedzenie podwieczorku musiało odbyć się z pozostałościami obiadu, trzymanymi w policzkach. Dopiero po wyjściu z przedszkola, mama zapytała ją, dlaczego tak dziwnie mówi i zorientowała się, że ma coś w buzi…

To historia sprzed 25 lat. Znam ją bardzo dobrze, bo to ja jestem tą małą dziewczynką. Grzybów nie jem do dzisiaj, a trauma zostanie pewnie na całe życie, tak jak w pamięci zostanie mi wzrok tej bezwzględnej przedszkolanki, stojącej nade mną i zmuszającej mnie do jedzenia.

Zasada druga: Siadaj do stołu z dzieckiem!

Pewnie, że nie zawsze się da, ale jeśli jest taka możliwość, to trzeba z tego korzystać jak najczęściej. Dziecko nie tylko uczy się tego, że jemy posiłki razem, więc z czasem dostrzega w tym pewien rytuał (a rytuały mają nieocenione znaczenie, dla tego małego Człowieczka!), ale również uczy się tego, jak jeść i jak się zachowywać przy stole. To czy ktoś potrafi kulturalnie jeść, posługiwać się sztućcami, posprzątać po sobie itd. to właśnie wynosi się z domu i to od nas zależy jakie zasady przekażemy dzieciom w tym zakresie.

Zasada trzecia: Staraj się jeść na tyle zdrowo, żeby Twoje dziecko mogło jeść to, co Ty!

Jasne, że można po prostu usiąść do stołu i wyciągnąć sobie swojego kotleta, a dziecku podać przepisowo ugotowane mięsko z królika, pozbawione soli i … smaku. Ale w końcu ono też zacznie zauważać, że „Halo, mamo, Ty masz co innego na talerzu, a ja chcę jeść to, co Ty”. W takim przypadku mamy dwa wyjścia. Możemy zacząć dawać Maluchowi wszystko to co jemy, łącznie z pizzą co weekend, obowiązkową wizytą w McDonaldzie, bo akurat był po drodze i kotlecikiem smażonym w głębokim tłuszczu. Ale można też po prostu zacząć jeść zdrowiej, kombinować ciekawe dania i szukać takich przepisów, które będą smaczne również dla nas, a z dużym prawdopodobieństwem również dla dziecka. W końcu nie trzeba przeżyć całego życia na gotowanej marchewce, żeby było zdrowo 😉

Zasada czwarta: Nie komentuj negatywnie, jeśli Maluch nie chce jeść!

Wiem, jakie to uczucie, kiedy po całym przedpołudniu spędzonym przy garach, podajemy dziecku wykwintny obiadek, a ono nie zamierza nawet spróbować, albo pluje nim na odległość i odmawia jedzenia. Frustracja, smutek, rozżalenie. Stracony czas, całą kuchnia do sprzątania, dziecko do mycia, ubranka do prania i jeszcze nic nie zjedzone, więc zaraz jeszcze się okaże, że dziecko jest głodne. Ale mimo wszystko, przelewanie tego żalu na niego, tylko pogarsza sytuacje. Wzbudzamy w dziecku poczucie winy i negatywne skojarzenia z jedzeniem. Siadanie do posiłku, może już od początku kojarzyć mu się ze stresem i nieprzyjemną atmosferą, której chce unikać. W jaki sposób? Oczywiście nie jedząc, więc to błędne koło!

Zasada piąta: Nie nazywaj dziecka „niejadkiem”!

Ostatnia, ale nie mniej ważna zasada, która jest trudna do przestrzegania, a moim zdaniem kluczowa w rozwoju samoświadomości dziecka. Bo co czuje ten Maluch, który mniej lub bardziej już ten świat rozumie, kiedy ktoś ciągle powtarza mu, że jest niejadkiem? Tak naprawdę samo to słowo ma wydźwięk pejoratywny. Ale oprócz tego warto zauważyć, że nawet dorosłym osobom łatwo jest wmówić pewne rzeczy, powtarzając je wystarczająco często i z dużym przekonaniem, nawet jeśli dotyczą one ich samych. To się nazywa manipulacja. Podobnie jest z dzieckiem, choć w jeszcze większym stopniu, bo utwierdzamy go w przekonaniu o tym, jakie jest w momencie kiedy ono samo, jego osobowość i charakter są jeszcze nieukształtowane. W ten sposób, odbieramy mu szansę na zmianę. A każdy kto ma dzieci wie, że co jak co, ale zmiany, nawet te duże, występują u dzieci na porządku dziennym.

Niezależnie od tego, jak trudne wydają nam się problemy z niechęcią do jedzenia naszych dzieci, nie porównujmy ich z innymi. Nie będę tego zapisywać jako kolejną zasadę, ale warto zauważyć, że w dorosłym życiu każdy z nas żywi się inaczej  i nikt nikogo nie ocenia przez ten pryzmat, a już na pewno nie porównuje z innymi. Więc dlaczego mielibyśmy robić to z dziećmi?

Jeśli ten artykuł był dla Ciebie przydatny, proszę daj mi lajka na fb, albo udostępnij ten wpis i pomóż mi dotrzeć do większej ilości osób! 🙂

Najlepsze rozwijające zabawy z niemowlakiem- Metoda MONTESSORI

Pierwszy rok życia dziecka, to taki etap, w którym cały czas coś się dzieje. Poza tym, że dziecko rośnie wzdłuż i wszerz, to jeszcze błyskawicznie się rozwija. I chyba to jedyny taki okres w życiu, kiedy zmiany następują tak szybko! Jak przyszła na świat Marta, to wydawało mi się, że ona nigdy nie będzie duża 🙂 No, dobra, wiedziałam, że kiedyś przyjdzie ten czas, ale pamiętam, jak jeszcze pół roku temu patrząc na 10 miesięczne dzieci, sądziłam, że są już naprawdę duże, a moje nadal wydaje mi się jakieś takie… malutkie! I muszę się do tego przyzwyczaić, bo tak już chyba będzie do końca życia! Continue reading „Najlepsze rozwijające zabawy z niemowlakiem- Metoda MONTESSORI”

Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?

Sytuacja wydarzyła się w jednej z krakowskich galerii, ale właściwie mogłaby wydarzyć się wszędzie i tak pewnie na co dzień się dzieje. Ale ja pierwszy raz widziałam coś takiego, a przynajmniej na taką skalę. Robiąc zakupy w Auchan, minęłam młodą kobietę, która w ręce trzymała telefon i wydawała się być bardzo zaangażowana w prowadzoną przez niego rozmowę o sobotniej imprezie i opowieścią o tym, jak się po niej czuła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chwilę później dostrzegłam, biegnącą za nią, małą dziewczynkę. Miała może 3-4 lata. Continue reading „Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?”

3 zasady, które kierują MACIERZYŃSTWEM

 

Jak się przyglądam tym kilku miesiącom mojego macierzyństwa, to zaskakują mnie dwie rzeczy: powtarzalność i zmienność. Z jednej strony powtarzam codziennie mnóstwo tych samych czynności. Mój plan dnia musi być dosyć schematyczny, bo życie z dzieckiem,  a szczególnie niemowlakiem, właśnie tego wymaga. Continue reading „3 zasady, które kierują MACIERZYŃSTWEM”

Ile się należy za Chrzciny?

Chrzciny to pierwszy Sakrament i często pierwsza tak duża impreza, którą organizujemy dla Niemowlaka (no , może bardziej dla jego rodziny, bo sam zainteresowany nie bardzo jeszcze wie, o co chodzi!). Jasne, nie w każdym przypadku, bo są i tacy co chrzest przyjmują w dorosłym życiu, albo i tacy, dla których obchody Chrztu zaczynają się i kończą w Kościele. Ale nie oszukujmy się, większość z nas podchodzi jednak do tematu w sposób tradycyjny i po Mszy, szykuje mniejsze lub większe przyjęcie dla rodziny i Chrzestnych. I jak na przyjęcie przystało, wiąże się ono również ze sporym wydatkiem, ale oczywiście nie jedynym, jaki czeka nas w tym dniu. Continue reading „Ile się należy za Chrzciny?”

Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!

Będąc w przychodni, z dwumiesięczną Martą w chuście, chodziłam sobie wzdłuż korytarza tam i z powrotem i czytałam jej na głos opisy zdjęć, wiszących na ścianach. Czasem komentowałam też to, co było na zdjęciach. Kolejka była długa. Tłumaczyłam Dziecku, że musimy poczekać na swoją kolej, i że za każdym razem jak ktoś wchodził do gabinetu, mówiłam ile osób jeszcze przed nami. Continue reading „Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!”

Dziewczynka czy chłopiec- jak rozpoznać płeć dziecka?

Przez dziewięć miesięcy ciąży lekarzom nie udało się określić płci mojego dziecka. Na początku długo, długo nie było żadnych teorii, potem na 100 % był chłopiec, po jakimś czasie dziewczynka, a na koniec dowiedziałam się, że… już nie wiadomo… Jeśli chcecie poznać tę historię, to możecie przeczytać o tym tutaj: http://mamazpowolania.pl/dziewczynka-czy-chlopiec-czyli-pomylki-usg/
Dlaczego o tym piszę? Zainteresowanie brzuchem ciężarnej jest zjawiskiem powszechnym. Mamy wokół siebie mnóstwo ludzi (znajomych i nieznajomych), którzy nie mogąc doczekać się informacji o płci dziecka próbują wróżyć z fusów i na własną rękę stawiać diagnozę. To wróżenie z fusów to naturalnie babcine metody rozpoznawania płci dziecka, o których słyszał chyba każdy. Oczywiście, nie ma co się oszukiwać, ich sprawdzalność w większości wypadków (choć nie wszystkich), wynosi 50% – nie zmienia to jednak faktu, że uwielbiamy weryfikować, czy czasem się u nas nie sprawdzą!
Zebrałam dla Was te powszechnie znane i te mniej znane metody. Koniecznie dajcie znać w komentarzach, które się u  Was sprawdziły i kiedy poznaliście płeć dziecka! 🙂
Klikajcie:

Jak zorganizowałam swój dzień z dzieckiem?

Czas po porodzie przypomina życie w marazmie – niedospanie, przemęczenie i jeden wielki chaos. Ja pierwsze dwa tygodnie życia mojej Córki pamiętam jakby przez mgłę: dni zlewały mi się z nocami, z domu prawie nie wychodziłam (poza jednym spacerem po osiedlu, który był wieeelkim urozmaiceniem- czułam się jakbym zdobywała górskie szczyty!) i cały mój świat ograniczał się do tej Małej Istotki. Z czasem wszystkie czynności, które trzeba wykonywać przy dziecku, szły mi co raz lepiej, ale nadal czas jakby przeciekał mi między palcami. Tak, wiem, że oklepane, ale po porodzie naprawdę wszystko się zmienia. Czasem orientowałam się, że jest już południe, a ja jeszcze nie zaczęłam szykować obiadu. Ba! Nawet nie przebrałam się z piżamy.

Tak mijał dzień za dniem, a ja dochodziłam do wniosku, że czuję się co raz gorzej ze sobą. Nie miałam żadnych stałych punktów w ciągu dnia. Wszystko zależało od dziecka. I tak po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że ja w ogóle nie jestem ważna, nie mam nic swojego. Wierzcie mi, że chodzenie cały dzień w piżamie było fantastyczne, gdy po pracującym tygodniu, można było w sobotę pozwolić sobie na taki luksus. Ale jeśli tak wygląda codzienność, to można się w tej piżamie totalnie zakisić. Już widzę ten tłum idealnych matek, które z satysfakcją chcą mi powiedzieć: „A ty myślałaś, że macierzyństwo to będzie odpoczynek i czas dla siebie!”. Nie, tak to nie myślałam, za to myślałam, że nie trzeba poświęcać 100% siebie i rezygnować ze wszystkich własnych potrzeb. I wiecie co? Dalej tak myślę!

Ale nie tylko, o to chodzi. Kiedy pracowałam zawodowo, to czerpałam satysfakcję ze swojej pracy, z rozmów z ludźmi i zrealizowanych wyzwań, które podejmowałam. Po całym dniu, mogłam sobie powiedzieć, że naprawdę dużo dziś zrobiłam: byłam na ważnym biznesowym spotkaniu, rozwiązałam skomplikowany problem klienta, napisałam fragment kodu, który się ładnie skompilował, a na koniec poszłam jeszcze na lekcje angielskiego, albo wieczorny fitness. Tak, to jest dzień pełen przeżyć i emocji! Mam prawo po im odpocząć: wziąć relaksującą kąpiel i walnąć się na łóżko, a w telewizji puścić najgłupszy serial, jaki akurat grają i totalnie się „odmóżdżyć”. A jak będę miała ochotę, to zasnę i porządnie się wyśpię, bo przecież muszę mieć siły na kolejny dzień.

A teraz? Czasem po całym dniu, wydaje mi się, że nic nie zrobiłam. Gdy siadam do wieczornego karmienia, zastanawiam się, czemu ja jestem taka zmęczona. W sumie nawet głupio komuś o tym powiedzieć, no bo czym ja niby jestem taka zmęczona – tym że włączyłam pralkę? Albo przeszłam się z dzieckiem na spacer? No właśnie, brzmi żenująco więc jak się tym dzielić z kimś, kto właśnie wrócił z pracy, gdzie robił naprawdę WIELKIE i WAŻNE rzeczy?

De facto jestem teraz na urlopie (bo tak to ktoś nieszczęśliwie nazwał) macierzyńskim, a ludzie na urlopach najczęściej odpoczywają. Powinna być przy tym jakaś gwiazdka z dopiskiem, że MATEK TO NIE DOTYCZY, bo przecież praca jest w trybie całodobowym 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu i to taka, której właściwie nie widać, więc ciągle niby pracujesz, a właściwie wygląda to tak, jakbyś nic nie robiła cały dzień.W pewnym sensie nie chodzi już nawet o innych, tylko o to, że sama dla siebie miałam poczucie, że nic nie robię. Więc zrobiłam mały test. Wzięłam kartkę i zapisałam na niej wszystkie rzeczy, które zrobiłam tego dnia. I ciągle przypominałam sobie coś jeszcze i coś jeszcze. Kartka zapełniła się w kilka minut. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że to nie jest tak, że robię za mało, tylko że robię wszystko mechanicznie i nawet nie zdaję sobie z tego sprawy. Wierzcie mi, że jak zobaczyłam tą listę, to byłam z siebie naprawdę dumna!

I od tej pory robię tak codziennie,z tym że zapisuje wszystko rano, a nie wieczorem. Codziennie przy śniadaniu, albo porannym karmieniu, wpisuję sobie w kalendarz wszystkie rzeczy, które chcę zrobić. Nawet te małe, bo przecież choć puszczenie prania trwa tylko 10 minut, to nie zmienia to faktu, że ja w tym czasie nie leżę do góry brzuchem, tylko jednak pracuję! Nie zapisuję tylko tych rzeczy, których wykonanie trwa krócej, niż ich zapisanie- więc zasada jest prosta. 🙂

Cały dzień lista leży na wierzchu, w widocznym miejscu, a ja co jakiś czas podchodzę do niej i odznaczam kolejne czynności. Czuję się super, jak wieczorem patrzę na pełną listę i WIEM po czym jestem zmęczona. A Ty? 🙂

_________________________________________________________________

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz lub daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Dziękuję!

Moja ostatnia wizyta u pediatry- mądrości o rozszerzaniu diety i szczepieniach, które zwalają z nóg.

Zastanawiałam się czy o tym pisać, bo nie do końca wiedziałam jak ugryźć temat. Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co mnie ostatnio spotkało, gdy wybrałam się do lekarza z dzieckiem.  Pediatra już wcześniej wzbudziła moje wątpliwości, co najmniej kilkoma rzeczami, ale postanowiłam dać jej jeszcze szansę. Być może brzmi to teraz jakbym właśnie wyłoniła się z tłumu matek, które wiedzą najlepiej i dla których lekarz nie jest żadnym autorytetem, bo przecież w internecie wyczytały, że jest inaczej. A jednak tak nie jest, bo muszę przyznać, że zawsze ceniłam sobie lekarzy i ich wiedzę i nadal ją cenię, choć oczywiście lekarz to też człowiek, więc dla mnie podstawą jest zaufanie, jakim muszę darzyć tą osobę. Czasem wychodzi to bardzo naturalnie, jak np. było z lekarzem prowadzącym moją ciążę – trafiłam do pani doktor przypadkiem i już zostałam bo okazała się być bardzo profesjonalna, a poza tym otwarta na zadawanie pytań, co w pierwszej ciąży było kluczowe. Niestety nie zawsze tak jest…

Lekarza dla Marty nie wybierałam specjalnie, po prostu zapisałam ją do swojej przychodni ( z której ja byłam zadowolona), a o wybór lekarza nikt mnie nie pytał – po prostu udałam się do pani doktor, która akurat miała dostępny pasujący mi termin. I chyba to był błąd. Pierwsza wizyta odbyła się 2 tygodnie po porodzie. Pani doktor była zdziwiona, że przychodzimy i powiedziała, że nie ma takiej konieczności i w ogóle nie wie po co w szpitalach dają takie zalecenie. Ogólnie wizyta pod znakiem narzekania: książeczki zdrowia robią złe (bo mało miejsca, żeby coś wpisać), karty ze szczepienia jeszcze nie ma – to źle, a do tego w szpitalu zlecili badania, a ona uważa, że to za wcześnie (mówiła pisząc skierowanie).

Kolejna wizyta upłynęła pod hasłem: „Nie mam czasu”. To był dzień szczepienia, więc miałam kilka pytań z tym związanych. Pani doktor kilkakrotnie powtórzyła, że ona ma też innych pacjentów i NIE MA CZASU na dyskusję na temat szczepień. Dodam może jeszcze tylko, że o dyskusji nie było nawet mowy, chodziło tylko o uzyskanie odpowiedzi na pytanie o to, co zrobić jak szczepienie 5 w 1 będzie wycofane, skoro powinno się kontynuować tą samą szczepionką. Odpowiedzi oczywiście nie otrzymaliśmy. Chociaż nie! Odpowiedź brzmiała: „Przecież ja mówiłam Państwu, że planują wycofać, więc powinni się Państwo na to przygotować”. Zapomniała tylko dodać, jak. No cóż. Już wtedy byłam bardzo zdziwiona taką postawą, ale starałam się to zrozumieć, bo faktycznie za nami w kolejce do gabinetu stała już kolejna para z dzieckiem.

Po upływie dwóch miesięcy, znów zjawiliśmy się u Pani doktor. Tym razem postawiła duży nacisk na konieczność rozszerzania diety, bo już jest najwyższa pora (Marta skończyła dopiero 4 miesiące). Wręczyła nam kilka ulotek z różnych firm produkujących jedzenie dla niemowląt i rozszerzanie diety uzasadniła tym, że im więcej smaków dziecko pozna między 4-6 miesiącem, tym lepiej będzie później jadło. Ponadto usłyszałam od niej, że przecież z dnia na dzień mogę stracić pokarm, więc lepiej żeby dziecko miało jakąś alternatywę i mogło wtedy zjeść co innego. Po tych słowach wycofałam się z rozmowy ( a przepraszam, na rozmowę czasu nie było! To tylko monolog lekarki, którego jak uczniowie w szkole mieliśmy wysłuchać. Czasu na pytania słuchaczy- brak).  Powiedzieliśmy, że z rozszerzaniem diety planowaliśmy poczekać do 6 miesiąca, co pani doktor skomentowała milczeniem i zanotowała w karcie, że jesteśmy niechętni na rozszerzanie diety, mimo jej tłumaczeń ( o czym dowiedziałam się później :))

Hitem była jednak moja ostatnie wizyta. Ostatnia – dosłownie, ponieważ więcej się tam nie wybieram. Najpierw niepytana powiedziałam, że po ostatnim szczepieniu u mojego dziecka wystąpiła bezsenność. Początkowo zostałam wyśmiana, że łączę to ze szczepieniem, a potem potraktowano mnie prychnięciem, gdy powiedziałam, ze dziecko nie mogło przespać ciągiem więcej niż pół godziny, bo się wybudzało. I to by było na tyle rozmowy na ten temat. Gdy powiedziałam, że nie chcę łączyć szczepień, lekarka uśmiechnęła się z politowaniem i powiedziała, że można łączyć wszystkie szczepienie na raz i nie ma w tym żadnego problemu. I po chwili zapytała zniecierpliwiona: „To co mam tutaj wpisać (w karcie szczepień)? Bo mi jest wszystko jedno!” Potem na informację, że dziecko nie je za wiele, zareagowała bardzo agresywnie, mówiąc, że od tego są rodzice, że nikt za mnie dziecka karmić nie będzie. Dowiedziałam się, że żadne dziecko nie będzie jadło chętnie i trzeba go do tego zmusić na początku, dlatego do karmienia potrzebne są zawsze 2 dorosłe osoby (aż się bałam spytać, co te dorosłe osoby mają robić dziecku). Co mi pozostało? No tylko poinformować męża, ze musi się zwolnić z pracy, żebyśmy mogli karmić dziecko codziennie we dwójkę. 🙂 Postanowiłam się już nie odzywać i zmienić lekarza.

I wam też to polecam, jeśli trafiliście podobnie. Dobry pediatra to podstawa i nie ma chyba sensu oddawać swojego dziecka w ręce kogoś, do kogo kompletnie nie macie zaufania. Koniecznie dajcie znać, czy mieliście podobne doświadczenia!

5 rzeczy, za które kocham Karmienie Piersią!

Przypominam sobie początki mojego karmienia piersią – jeszcze w szpitalu. Intuicyjnie nie chciałam podawać dziecku butelki, choć położne sugerowały, żeby to zrobić, bo Mała miała żółtaczkę i ciągle spała. Teraz chce mi się śmiać z tego jak wyglądała moja determinacja, gdy po porodzie molestowałam położne, żeby mi pomagały, jak nie radziłam sobie z dobudzaniem dziecka na karmienie. Continue reading „5 rzeczy, za które kocham Karmienie Piersią!”