Jak chustonoszenie odmieniło nasze dni

Chusty mają swoich zwolenników i zagorzałych przeciwników. Ciężko być obojętnym, bo kto choć raz spróbuje, to zrozumie -trudną do opisania, a łatwą do poczucia- różnicę między chustą, a każdym innym sposobem noszenia dziecka. Ja jakiś czas temu dołączyłam do wielkich miłośników chust. Chusta odmieniła nasze dni. I nie ma w tym zdaniu ani odrobiny przesady. Oczywiście nie obyło się bez obaw. Usłyszałam kiedyś, że nosząc w ten sposób dziecko można skrzywić mu kręgosłup, lub spowolnić rozwój. Od razu więc odrzuciłam ten pomysł, bo czym jest moja wygoda, wobec zdrowia mojego dziecka. Jednak będąc już w ciąży, zainspirowana doświadczeniem mojej koleżanki, postanowiłam wgłębić się w temat. I w ten sposób dowiedziałam się więcej i znalazłam odpowiedź na swoje wątpliwości. Przede wszystkim tego, że chusty są bezpieczne już od urodzenia Malucha, pod dwoma warunkami: trzeba mieć dobrą chustę i trzeba ją poprawnie zawiązać. Wtedy dziecko jest bezpieczne. I my też możemy czuć się zupełnie spokojnie, bo po pierwsze nic mu nie grozi, a po drugie… o tym w dalszej części 🙂

Tak się zaczęło…

Bardzo zależało mi, żeby nauczyć się poprawnego wiązania chusty. Niestety trudno to zrobić w oparciu o nawet najlepsze filmiki instruktażowe, które można znaleźć w internecie, bo ciężko na początku nie popełniać żadnych błędów, a jeśli nikt ich nam nie uświadomi, to prawdopodobnie będziemy je powtarzać. Nauczymy się tego, jak złapać chustę, ale już nikt nam nie zwróci uwagi, na słabe dociągnięcie którejś jej części, albo niepoprawne przekrzywienie Maluszka itd. A to faktycznie może doprowadzić do zaszkodzenia Dziecku. Poza tym, specjalista jest w stanie dobrać wiązanie do umiejętności, etapu rozwoju i wieku Maluszka, a także predyspozycji Mamy. I to jest ważne, żeby np w przypadku krzywego kręgosłupa Mamy, nie obciążać go jeszcze bardziej, lub w przypadku gdy dziecko nie trzyma jeszcze główki, nie stosować wiązań, które tego wymagają. Dlatego uważam, że jest sens spotkać się z Doradcą Chustowym, który nie tylko wszystko wytłumaczy, ale też co najważniejsze zweryfikuje, czy wiązanie jest poprawne.

Ja umówiłam się na spotkanie z Wandą – Certyfikowanym Doradcą Chustowym, którą poleciła mi koleżanka. Nie mogłam się już doczekać, więc chustę kupiłam już przed spotkaniem. Zaczęłyśmy od kangurka. Gdy oglądałam wcześniej filmiki instruktażowe wiązania chusty, przerażało mnie wsuwanie Malucha, który nie trzyma jeszcze główki – z ramienia. Trzeba to zrobić jedną ręką, bo druga jest potrzebna do podtrzymania chusty i nałożenia jej na plecki dziecka. I już tutaj porady Wandy okazały się być bezcenne 🙂 Nauczyła mnie takiego sposobu podnoszenia dziecka razem z chustą, który wydawał mi się dużo prostszy i bezpieczniejszy. Jak mała była już zawiązana, wydawało mi się, że na pewno się udusi i co chwilę sprawdzałam, czy oddycha. Przy prawidłowym wiązaniu Malucha, jesteśmy bardzo blisko siebie i chusta jest bardzo mocno ponaciągana. Dziecko właściwie w ogóle się w niej nie rusza, a raczej rusza się, ale razem z nami 🙂

Na początku nauki, zaczynałam ćwiczyć wiązania na lalce. Nie są to zwykłe lalki, ale specjalnie dociążone, więc przypominają wagowo niemowlę. Dociąganie zupełnie inaczej wygląda w przypadku dziecka, które waży kilka kilogramów, niż w przypadku pluszaka. Dla mnie ćwiczenie na lalce było bezcenne, bo nie chciałabym niczego testować na własnym dziecku, a lalka nie będzie cierpieć, nawet jeśli wypadnie, przesunie się, lub coś jej przygniotę. Poza tym dzieci kochają być noszone w chuście, ale niekoniecznie kochają samo wiązanie, więc gdybym przez dwie godziny powtarzała na niej swoje nieudolne próby, to z dużym prawdopodobieństwem byłby to pierwszy i ostatni raz, kiedy Mała dała się zawiązać. A tego chciałam uniknąć 🙂 Dopiero po dwóch próbach na lalce, zakończonych sukcesem, przećwiczyłam wiązanie na Marcie. Przez cały czas dziecko było niespokojne i płakało. Jak zaczęłam ją wiązać, uspokoiła się i poszła spać. To było dla mnie najlepsze potwierdzenie, że chusty TO JEST TO! 

blog4

Miłość od pierwszego wejrzenia

Zakochałam się. Po uszy. I to jeszcze na spotkaniu z Wandą. Nie tylko mnie to dopadło, bo mała Martusia też wygląda na urzeczoną. I właściwie dla mnie, poza jej zdrowiem i bezpieczeństwem, to jeden z najważniejszych argumentów, które przekonał mnie do chustonoszenia. Dzieci kochają chusty, czują się w nich bezpiecznie. Są blisko mamy (lub taty!:) ), mogą czuć ich ciepło i w ten sposób zaspokajają jedną z największych potrzeb  z jakimi się rodzą- potrzebę bliskości. A wcale nie jest tak prostą zaspokajać tę potrzebę Malucha, bo przecież rodzice też muszą robić całe mnóstwo rzeczy i mało kto może sobie pozwolić na leżenie cały dzień, przytulając się do Dziecka. Ja często noszę Martusię na rękach, ale od tego po kilku minutach boli mnie kręgosłup, nie mówiąc o zdrętwiałych nadgarstkach. Może dlatego, gdy po raz pierwszy zawiązałam chustę pod okiem Wandy, to nie chciałam jej ściągać i jeszcze po naszym spotkaniu, poszłam na spacer. Wybrałyśmy się do lasu, posiedziałyśmy w altance przed domem i pochodziłyśmy po ogrodzie. A przy tym wszystkim miałam dwie ręce wolne i nie mogłam się tym nacieszyć! Na początku automatycznie co kilka sekund moje dłonie lądowały pod pupą Marty, żeby ją podtrzymać, ale jak tylko sobie uświadamiałam, że przecież jest dobrze zawiązana i NIE MUSZĘ tego robić, sama się do siebie uśmiechałam 🙂

Na spotkaniu z Wandą nauczyłam się dwóch wiązań, ale na początek ćwiczę pierwsze – czyli kangurka, żeby nabrać w nim wprawy. Chustonoszenie na filmikach może wyglądać banalnie, ale z własnym dzieckiem w ręku, myśli się już zupełnie inaczej 🙂

Za co kocham chustonoszenie?

No tak. Powiedziałam już, że się zakochałam w chustach, ale nie powiedziałam jeszcze za co. A zatem:

Przede wszystkim za to, że nie rujnuje mojego kręgosłupa! Póki Martusia jest mała, noszę ją z przodu, potem pewnie przejdę na plecy i mój kręgosłup będzie mi jeszcze bardziej wdzięczny. Nie ma jednak porównania między noszeniem na rękach a noszeniem w chuście. To pierwsze sprawia, że automatycznie się garbię. W chuście natomiast mam odruch prostowania się.

Poza tym w chuście mam dwie ręce wolne i dziecko przy sobie! Rewelacja, prawda? Mi to otwarło bardzo wiele możliwości!

Chusta uspokaja mojego Malucha i daje mu poczucie bezpieczeństwa. Można by powiedzieć, że jest to argument za miłością Martusi do chust, a nie moją. Ale przecież jestem Matką. A chyba każda matka jest szczęśliwa, jak jej dziecko jest szczęśliwe, prawda?:)

Mogę nosić dziecko w chuście już od pierwszego dnia życia! A zatem nie ma porównania z żadnymi nosidłami, bo te stosowane zbyt wcześnie, mogą wpływać na nieprawidłową postawę Malucha.

Mogę wchodzić wszędzie tam, gdzie nie wjadę wózkiem. Wyprawa na grzyby, spacer po lesie, albo komunikacja miejska. Nie trzeba prosić nikogo o pomoc przy wnoszeniu wózka do wysokopodłogowego tramwaju lub autobusu, a w komunikacji miejskiej są specjalne miejsca dla matek/ ojców z dziećmi.

Chusta otwiera ludzi –kto nie wierzy, niech zamota dziecko w chustę i uda się na miasto. Mnóstwo serdecznych uśmiechów, uprzejmość i pytania – w tramwaju, na ulicy, w poczekalni u lekarza, na recepcji przychodni. Wszędzie. To nie wózek, gdzie Maluch jest schowany. Tutaj każdy widzi dziecko i chce coś powiedzieć, albo się uśmiechnąć na jego widok 🙂

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże trochę tym nieprzekonanym podjąć decyzję o chustowaniu 🙂 Jeśli jeszcze tego nie robiliście, to polecam zacząć od spotkania z dobrym doradcą chustowym. Ja bardzo polecam Wandę, która jest Certyfikowanym Doradcą Noszenia ClauWi®.  Jestem zadowolona nie tylko  z samej nauki, ale też przemiłej atmosfery naszego spotkania, w czasie którego udało mi się poznać dwa rodzaje wiązań, porozmawiać, ale także przewinąć i nakarmić małą Martusię 🙂

 

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz lub daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Dziękuję!

 

 

  • Chusta powoduje lepszą więź dziecka z matką, bo dziecko czuje matki ciepło, bicie serca itd:) Świetnie, że ją nosisz:)

  • To prawda, a ja też czuję ciepło mojej Martusi, co uwielbiam, więc dla mnie to też ogromna korzyść 🙂

  • Dzięki za ten wpis! I szkoda, że trafiłam na niego tak późno. Chusty od początku się obawiałam z uwagi na, tak sobie mówiłam… moje ciapostwo. Bałam się, że mogłabym coś źle zamotać i byłoby z niej więcej szkody dla mojego maleństwa niż pożytku. Synek ma już 9 miesięcy i od niedawna zaczęliśmy używać nosidła ergonomicznego. Super wygoda! I żałuję, że nie przekonałam się jednak do chust, że nawet nie dałam im szansy – mogłabym przez te wszystkie minione miesiące o wiele wygodniej i zdrowiej dla obojga nosić niż na rękach 😉
    Przy następnym dziecku na pewno zaprzyjaźnię się z chustą!

  • Polecam baaardzo, choć powiem Ci szczerze, że moja córka przeżyła bunt chustowy w okolicy 4-5 miesiąca. A ostatecznie usiadła dosyć późno, bo dopiero jak miała 10 miesięcy, więc wtedy też zaczęłam nosić w nosidle i jestem z tego bardzo zadowolona -to też jest mega wygoda 😉

  • Joanna

    Tylko takich doradców chustowych trudno znaleźć na prowincji.

  • Wiesz co, może warto dołączyć do grup na fb związanych z chustonoszeniem? Jest tam dużo doradców chustowych z całej Polski i osób, które mogą polecić kogoś z danego regionu. Może akurat się uda 😉