Sprawdzone przez setki osób sposoby ułatwiające poród!

Dla większości kobiet, samo słowo PORÓD jest już przerażające. Nie jest to temat, na który rozmawia się łatwo, miło i przyjemnie. Nie podejmuje się go na imprezach, nie opowiada się znajomym swoich przeżyć z wypiekami na twarzy. Większość z nas chce zapomnieć. Nie o wszystkim, bo przecież zwieńczeniem porodu jest przyjście na świat pomarszczonego, przestraszonego bobaska, który dla swoich rodziców jest najpiękniejszy na świecie. Ale nie chcemy pamiętać bólu i zwykle dziecko bardzo ułatwia nam tworzenie dziur w pamięci w okresie bezpośrednio poprzedzającym jego narodziny. Są oczywiście takie szczęściary, które o porodzie mówią jak o splunięciu i porównują ten ból do bóli menstruacyjnych. Ale umówmy się, nie jest to standard. Czy jest jakaś szansa, żeby uczynić ten, trudny w samym sobie, poród lepszym?

Plan porodu

Dzisiaj poród i tak wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Mamy jednoosobowe sale porodowe, wygodne sale poporodowe i w większości dziecko przy sobie, jeśli tylko mamy takie życzenie. Ale to nie wszystko! Tak na prawdę każda z nas ma jakąś wizję tego, jak będzie wyglądał jej poród. Pewnie nie raz wizje te są bardziej przerażające, niż rzeczywistość, a niekiedy pewnie bywa odwrotnie, ale pewne jest to, że pierwszy poród będzie zaskoczeniem, niezależnie od tego ile na ten temat wcześniej przeczytamy, ile się dowiemy i naoglądamy. Dlatego pierwszą rzeczą, o którą warto zadbać, szykując się do porodu, jest nie torba z wyprawką, tylko plan porodu. O tyle o ile torbę da się pakować w pośpiechu (choć to też warto przygotować wcześniej:) ), o tyle decyzji o kluczowych rzeczach w przebiegu jednej z najważniejszych chwil w naszym życiu, lepiej nie podejmować w biegu. Przypominam sobie siebie jak pisałam swój plan porodu. Moja wizja była taka, że niezależnie od bólu, zacisnę zęby i bohatersko przyjmę na siebie wszystkie cierpienia i niedogodności, aby na końcu powitać swoje nowonarodzone dziecko z uśmiechem na ustach. Jak było? Inaczej! Zęby zacisnęłam, ale nie na tyle, żeby nie dać rady krzyczeć na cały oddział z przeraźliwego bólu. A dziecko przywitałam niepohamowanym płaczem (ze szczęścia!). Tak to jest, że w rzeczywistości o porodzie więcej dowiedziałam się od męża, kilka dni później, bo sama niewiele pamiętałam. Niby bez znieczulenia, nawet bez planowanego gazu rozweselającego, ale jednak tak otumaniona bólem, jakbym przez te kilka godzin egzystowała w jakiejś alternatywnej rzeczywistości… I to jest właśnie powód, dla którego warto napisać plan porodu. Jeśli nie będziesz w stanie sama dopilnować tego, by był on egzekwowany, lub nawet samodzielnie odpowiadać na pytania (świadomie), to plan porodu jest taką odpowiedzią na pytanie o to, na co nie wyrażasz zgody, a na co wyrażasz. Oczywiście, poza sytuacją zagrożenia życia matki albo dziecka, bo tutaj na pewno priorytety się zmieniają i ustala je lekarz lub położna. Osobiście pobrałam formularz planu porodu ze strony szpitala, w którym rodziłam, ale można też skorzystać z formularza fundacji Rodzić po ludzku

Metodę Leboyera

Dzisiaj stawiany jest co raz większy nacisk na to, co czuje dziecko, które przychodzi na świat. Poród jest dla niego związany nie tylko z bólem, ale również ogromnym stresem. Podejście do nowonarodzonego dziecka w procesie porodu zrewolucjonizowała książka „Narodziny bez przemocy” autorstwa Leboyera. Autor uważa, że ciężko byłoby znaleźć bardziej brutalną metodę przychodzenia dziecka na świat od tej stosowanej (ówcześnie) w szpitalach położniczych (ostre światło, podniesione głosy, natychmiastowe przecięcie pępowiny, agresywne zachowanie lekarzy, rozdzielenie matki z dzieckiem). Metoda, którą zaproponował zmieniła dotychczasowe podejście i spowodowała lawinę zmian w relacji matki i noworodka, a później również i ojca. Jakie to zmiany?

  • przygaszone światło na sali porodowej (w ostatniej fazie porodu)
  • odcięcie pępowiny, gdy przestanie tętnić
  • umożliwienie ojcu (lub innej bliskiej osobie) wejścia na salę porodową
  • natychmiastowe ułożenie noworodka przy piersi matki i umożliwienie karmienia piersią
  • nierozdzielanie matki i dziecka

Leboyer postulował również o zanurzanie noworodka w wodzie, jednak nie jest to obecnie stosowane, ze względu na zbawienne właściwości mazi płodowej. Niezależnie od szpitala mamy możliwość porodu rodzinnego (przy porodzie naturalnym) i choć to bardzo indywidualna kwestia, to ja jednak z całego serca polecam tę opcję. Osoba, która nam towarzyszy, nie tylko daje wsparcie, ale także może zadbać o komfort rodzącej, kiedy ona nie ma do tego głowy (czyli przez większość porodu :)) i reagować w przypadku braku respektowania powyższych założeń przez położne i lekarzy. Muszę powiedzieć, że mój poród właśnie tak wyglądał, jak opisał to Leboyer, poza tym światłem, który przygaszone nie było, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zabrał mi Maleństwo zaraz po tym jak przyszło na świat, (oczywiście, jeśli wszystko byłoby w porządku), a przecież kiedyś właśnie tak się działo!

Metoda Reada

Kolejna metoda, którą warto poznać, to nie tyle metoda zachowania PO porodzie, co metoda samego porodu. (Swoją drogą ciekawe, że to kolejny mężczyzna, który opracowuje metodą związaną z lepszym przebiegiem porodu!) Jej autorem jest Grantly Dick-Read, który twierdzi, że największa część bólów doświadczanych przez kobiety w trakcie porodu wynika z ich strachu przed tym bólem! (nieźle, nie?) A więc według tej teorii psychika potrafi nakręcać ból. Strach, napięcie i wyczerpanie organizmu znacznie potęgują ból i choć sam w sobie nie jest mierzalny, to jego przeżywanie zależy od osobistych predyspozycji. W swojej książce „Poród siłami natury” proponuje złagodzenie bólu porodowego poprzez hipnozę, co spotkało się z dużą krytyką środowisk medycznych. W 1948 roku przeprowadzono badania na Uniwersytecie z Yale, w których udział wzięło 157 pacjentek, na których zastosowano metodę Reada. Wyniki były zaskakujące: 7 pacjentek w ogóle nie czuło bólu, a 150 porównało go do bóli menstruacyjnych! Niezależnie od tego co myślimy o samej metodzie i o hipnozie, trudno nie przyznać racji Radowi w tym, że kobieta powinna być wyedukowana w zakresie rozluźniania się i relaksowania, aby móc kontrolować mięśnie i poprawnie oddychać. Ponadto twierdził, że jeśli kobietę zostawi się samą z bólem, to strach wynikający z nieznajomości dynamiki porodu sprawi, że będzie cierpieć jeszcze bardziej. Chyba każda kobieta, która poród ma za sobą, dobrze wie, jak ciężko się rozluźnić przy niewyobrażalnym bólu. Skurcze są jak jazda samochodem po lodzie: wiesz, że jak wpadniesz w poślizg, to nie można wciskać hamulca, ale jak wpadniesz w poślizg to… dajesz po hamulcach! To są właśnie odruchy. Na sali porodowej w pocie czoła obmyślasz działanie przy następnym skurczu, obiecując sobie w duchu: „Nie będę zaciskać mięśni”. Przychodzi skurcz i  z całych sił zaciskasz wszystkie mięśnie! Dlatego to, co proponuje Read ma dużo sensu i tego uczą też szkoły rodzenia – wyrobienia nawyku prawidłowego oddychania i relaksowania ciała, czyli świadomego rozluźniania mięśni. Oczywiście, szkoła rodzenia to tylko kilka/ kilkanaście spotkań, dlatego prawda jest taka, że naukę relaksowania i oddychania trzeba zaplanować sobie w domu lub regularnie chodzić na ćwiczenia przygotowujące do porodu dla ciężarnych. Tutaj liczy się nawyk, a nie to czy znamy zasady, bo w obliczu i strasznego bólu, to co mamy w głowie, ulatnia się z niej razem z potem… 🙂

Jeśli szykujecie się do porodu (pierwszego, czy kolejnego), to koniecznie zapoznajcie się bliżej z tymi metodami. Są one poparte doświadczeniem tysięcy osób i być może i Wam choć trochę ułatwią poród. Ja nie należę do tych szczęściar, które godzinę po porodzie siadały na krześle i właściwie nie pamiętały już o bólu, dlatego fascynują mnie wszystkie metody, które mogą wpłynąć na przeżywanie tych chwil 🙂

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!