Jak nauczyć dziecko spać we własnym łóżeczku?

Ostatnio na profilu facebookowym Filipa Chajzera, przeczytałam bardzo fajny, życiowy post, w którym autor opisywał trudności rodzicielstwa związane z nieudanymi próbami odłożenia dziecka do łóżeczka. I faktycznie – chyba większość rodziców zna ten dramat, kiedy po dłuuugim usypianiu na rękach, śpiewaniu, bujaniu i nie wiadomo czym jeszcze, Maluch wybudza się do trzeźwości, gdy tylko jego plecki dotkną materaca. Nie wiadomo, jak to działa, ale jakimś cudem niemowlęta potrafią spać i jednocześnie sprawować kontrolę nad dorosłymi, żeby czasem nie podejmowali prób odkładania ich z rąk (bo po co? Na rękach się śpi najlepiej ;))

Szczerze mówiąc, lubię czytać takie posty i słuchać szczerych ludzi, którzy doświadczając jakichś trudności związanych ze spaniem Dziecka, potrafią o tym otwarcie mówić. A paradoksalnie dużo rodziców się tego boi, tak jakby od razu klasyfikowało ich to do gorszego sortu opiekunów, którzy nieumiejętnie wychowują swoje dziecko. Zanim zostaniemy pochłonięci przez wyrzuty sumienia, warto zdać sobie sprawę z jednej podstawowej rzeczy: dla dziecka rodzice są „bogami” i dlatego zależy od nich baaaardzo dużo, ale mniej więcej drugie tyle zależy od osobowości dziecka, na którą wpływu rodzice (ani nikt inny) nie ma. I pewnie dlatego rozumiem rodziców, którzy z radością opowiadają o swoich Pociechach, które noce przesypiają od urodzenia, ale nigdy nie zrozumiem tych, którzy z tego względu czują się lepsi od innych. W końcu wszystkie skutki przespanych lub nieprzespanych nocy ostatecznie ponosić muszą rodzice, bo to oni wstają po kilkanaście razy na nocne przytulanie, a potem muszą funkcjonować jakoś cały dzień w pracy, czy w domu. Są tacy, którzy licząc na lepszy dzień dziecka, decydują się zaprosić go do swojego łóżka, ale potem nie są z tego do końca zadowoleni. Dlatego dzisiaj będzie wpis dla tych, którzy chcą coś zmienić, którzy uznali, że wspólne spanie z dzieckiem, źle na nich wpływa i marzą o nauczeniu dziecka spać we własnym łóżeczku, ale nie wiedzą jak się za to zabrać.

Opisana przeze mnie metoda to 5 kroków, które ostatecznie mają w sposób łagodny, ale stanowczy zmienić dotychczasowe przyzwyczajenia dziecka.

KROK 1: Decyzja

Decyzja o wspólnym spaniu wydaje się być dużo łatwiejsza do podjęcia, niż o przeniesieniu dziecka do swojego łóżeczka. I wielu psychologów, również pediatrów, otwarcie mówi o tym, że spanie z dzieckiem ma dużo pozytywnych skutków, więc jeśli dla rodziców i dziecka jest to sytuacja komfortowa, to nie ma żadnego powodu żeby coś w tym zakresie zmieniać.

Jeśli jednak tak nie jest, to pierwszym krokiem będzie odpowiedzenie sobie na dwa bardzo ważne pytania:

  1. Czy Ty (/Wy – jako rodzice) jesteście gotowi na to, żeby spać bez dziecka?
  2. Czy dziecko jest gotowe na to, żeby spać osobno?

Często chcemy coś zmienić, ale jak okazuje się, że dziecko stawia opór, to się poddajemy. Faktem jest jednak, że Maluch nie rozumie takiego stanu rzeczy i nie potrafi racjonalnie spojrzeć na przyczyny zmian, jakie wprowadzamy w jego życie. Naturalne jest więc to, że dąży do zachowania swoich dotychczasowych rytuałów, a to dla rodziców bywa trudne.

Prawdą jest też, że nikt nie zna dzieci, tak, jak ich rodzice. Dlatego nie ma obiektywnie dobrego momentu na przeniesienie dziecka z łóżka rodziców, do jego własnego. Jest to kwestia na tyle indywidualna, że tylko mama i tata mogą zdecydować, czy ten moment dla nich i dla dziecka jest najlepszy.

KROK 2: Wybranie ulubionej przytulanki

Nieważne czy to będzie lalka, miś, czy inny stworek. Ważne, żeby zachować rytuał usypiania, w którym zawsze będzie uczestniczyć ukochana maskotka. Może leżeć gdzieś obok dziecka, ale ważne, żeby niezależnie od podróży, wyjazdów i innych atrakcji – zawsze towarzyszyła w spaniu. Chodzi o pewnego rodzaju zastępstwo za mamę/ tatę w czasie, kiedy rodziców nie ma obok, czyli w nocy.

KROK 3: Rytuał usypiania

Najważniejsza część planu, to zachowanie odpowiedniego rytuału usypiania. Po kąpieli / wieczornej toalecie, odkładamy dziecko do łóżeczka, wręczamy przytulankę i gasimy światło. Siadamy na krześle obok. Można zaśpiewać kołysankę, mówić do dziecka lub puścić kołysanki. Jeśli Maluch płacze, to można głaskać go po główce i próbować uspokoić mówiąc: „Ćśśś”. Ale jeżeli się wierci i się bawi, to najlepiej pozwolić mu na to i nie rozbudzać mówieniem do niego, albo nawiązywaniem kontaktu wzrokowego. Jeśli jednak wstaje lub próbuje wychodzić z łóżeczka, to można położyć go i powiedzieć, że teraz jest czas na spanie. I tak 200, albo 300 razy, albo tyle, ile trzeba będzie, jeśli to dopiero początki 🙂

KROK 4: Nocne pobudki

W czasie nocnych pobudek można usiąść na krześle, na którym usypialiśmy dziecko i robić dokładnie to samo, co przy wieczornym rytuale usypiania. Jeśli Maluch nie może zasnąć, można coś zaśpiewać. Najlepiej sprawdza się jedna, wybrana kołysanka, która jest zarezerwowana do usypiania i której nie śpiewamy/ puszczamy dziecku np. w czasie zabawy. Warto poczekać, aż zaśnie głębiej i dopiero wtedy wyjść z pokoju/ położyć się do łóżka. Jeśli będziemy niecierpliwi to skrzypniecie podłogi, czy fotela może spowodować powtórkę z rozrywki 😉

KROK 5: Konsekwencja

Wiem, że czytając ten opis, wszystko wydaje się być takie proste! Ale po którejś nocy z rzędu z 5 pobudkami i usypianiem trwającym od 30 minut do godziny, człowiek myśli już trochę inaczej. W związku z tym, ostatnim krokiem jest konsekwencja. Jeżeli się złamiemy raz i wyciągniemy dziecko z łóżeczka, lub weźmiemy do swojego łóżka, to tak naprawdę całą drogę musimy zacząć od nowa. I nie ma się co dziwić. W ten sposób Maluch dostaje komunikat, że oczekujemy od niego uporczywej walki i płaczu, ale jeśli to zrobi, to w nagrodę wróci do spania z rodzicami. Dlatego ostatni punkt jest mocno powiązany z pierwszym -> jeśli mamy przekonanie, że dziecko i my, jesteśmy gotowi na takie zmiany, to musimy cały czas mieć przed oczami wizję celu, dla którego to robimy i konsekwencje trzymać się założonego planu.

Nauka zasypiania i spania we własnym łóżeczku z pewnością jest dużą zmianą w życiu małego Człowieka, dlatego żeby mu to ułatwić, trzeba wybrać na to odpowiedni moment. Sprawdza się tutaj zasada, głosząca iż wprowadzamy tylko jedną zmianę na raz. Więc jeśli pracujemy nad snem nocnym, to nie zmieniamy planu dnia, nie oduczamy dziecka pić z butelki, ani nie zabieramy smoczka (jeśli z niego korzysta). Wszystko po kolei. Na pewno dobrym czasem na takie zmiany nie jest też okres bolesnego ząbkowania, kiedy dziecko ma prawo być marudne i potrzebować wzmożonej bliskości rodziców (również w nocy), czy też posłania go do żłóbka.

Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla Was przydatny! Jeśli tak, będę wdzięczna jeśli udostępnicie go dalej. Na Wasze doświadczenia, jak zwykle czekam w komentarzach 🙂

 

 

Najdziwniejsze rzeczy, które mogą Ci się przydarzyć w ciąży!

Chyba w każdym filmie, który widziałam, temat ciąży przedstawiany jest w taki sam sposób. O serialach nie wspominam, ponieważ one jeszcze bardziej spłycają temat i oczekiwanie na dziecko sprowadzają do dwóch rzeczy: wymiotów i hormonów. Najpierw potencjalnie ciężarna bohaterka odczuwa młodości i szybko biegnie do toalety na widok talerza z zupą. Przy obiedzie zebrana jest cała rodzina i patrzy na nią z zaniepokojeniem. Po chwili kobieta wraca, mówi że nic jej nie jest i że jakoś nie ma ochoty jeść. W końcu ku zaskoczeniu wszystkich, okazuje się, że przyczyną brak apetytu jest ciąża i zaczyna się 9 miesięczny okres zmiennych nastrojów, humorów i płaczu przeplatanego śmiechem. A prawda jest taka, że o tym, ile  i jakie dolegliwości mogą towarzyszyć nam w tym pięknym okresie, nie wie nikt, poza samymi kobietami, które mają już za sobą ciążę i ewentualnie ich partnerami, którzy o tych nieprzyjemnościach muszą codziennie słuchać 🙂

Wpis będzie dotyczył różnych zmian w organizmie kobiety, które zachodzą w związku z rozwijającym się w jej brzuchu nowym życiem, ale tylko tych, o których mówi się mało, lub wcale, a jednak się zdarzają i niosą zaskoczenie przyszłym mamom!

Rosnąca stopa w ciąży

U dorosłej kobiety rozmiar stopy już się nie zmienia, ale wyjątkiem jest okres ciąży! U ponad 60% kobiet stopa wydłuża się i spłaszcza, co może spowodować zmianę rozmiaru buta. Warto powiedzieć, że nie jest to zjawisko tożsame z opuchlizną, która jest zjawiskiem również charakterystycznym dla ciąży, a szczególnie III trymestru, ponieważ po porodzie obrzęk powinien ustąpić. Zmieniony rozmiar stopy, może jednak towarzyszyć nam na dłużej i wymagać zmiany rozmiaru obuwia. Najciekawszym przypadkiem z punktu widzenia nauki i chyba najmniej pożądanym przez kobiety jest rzadka, ale jednak spotykana sytuacja, kiedy to kobiecie wydłuża się tylko jedna stopa. Wyobraźcie sobie teraz wizytę w sklepie obuwniczym i konieczność zamawiania każdych butów na wymiar, bądź płacenia podwójnej ceny, z uwagi na kupno dwóch par identycznych butów w innych rozmiarach.

Opuchlizna

Niby wiadomo, że w ciąży zdarzają się obrzęki, choć dla mnie w jakiś sposób oczywiste było, że jeśli się pojawią, to dotyczyć będą głównie nóg, a dokładnie łydek. Tak sobie to wyobrażałam, pewnie dlatego, że to jednak nogi muszą nosić cały ciężar ciała, który w stosunkowo krótkim czasie wzbogacony został o sporo nierównomiernie rozłożonych kilogramów, które przeniosły środek ciężkości i oś ciała w nieco inne miejsce. Pamiętam, jak będąc w ciąży na badaniu stężenia glukozy we krwi, położna spojrzała na moje dłonie i powiedziała coś w stylu: „Chyba już trzeba ściągnąć pierścionki, bo ręce pani spuchły i potem pani nie zdejmie”. Przez głowę przeszła mi myśl, że może po tej glukozie tak puchną ręce 🙂 Po badaniu wyszłam z gabinetu i zaczęłam się przyglądać moim dłoniom. Faktycznie, coś było na rzeczy. Przez kolejne dni, zakładając rano pierścionki wydawały mi się co raz ciaśniejsze. I wtedy zrozumiałam, że to chyba nie sprawka tej glukozy, tylko ciąży. Ale do dziś cieszę się, że nie zapytałam o to położnej od razu, bo pewnie miałaby niezły ubaw 🙂

Pojawia się i znika… katar!

Pobudka rano, nos pełny i w głowie tylko jedna myśl: „O nie, dopadło mnie przeziębienie!” Po dziesięciu kichnięciach pod rząd i porządnym wyczyszczeniu nosa, nagle okazuje się, że katar minął. Co to? Ciąża! Ktoś kto wymyślił powiedzenie, że „Katar leczony trwa 7 dni, a nieleczony tydzień”, zapomniał chyba dodać, że nie dotyczy to ciężarnych. Choć dotyczyć może jeśli dopadnie nas prawdziwe przeziębienie, a nie tylko cykliczne przepełnienie nosa, którym martwić się nie trzeba 🙂

Chrapanie

To jeden z tych symptomów ciąży, które choć dotyczą ciężarnych, to jednak udręką są przede wszystkim dla otoczenia, a nie dla nich samych. Nie wiem, czy to pocieszające, ale faktycznie w tym okresie cierpieć będzie bardziej mężczyźni, którzy śpią obok, i choć w ten sposób mogą współodczuwać niedogodności związane z tym pięknym okresem oczekiwania na dziecka 😉

Bezsenność

Gdybym miała wymienić tekst, który najczęściej wypowiadają doświadczone mamy, do tych przyszłych, to z pewnością brzmiałby on tak: „Wyśpij się teraz na zapas!”. A to bywa frustrujące, ponieważ często właśnie kobiety ciężarne mają problemy z bezsennością, nawet jeśli nigdy wcześniej ich nie doświadczały. Swoją drogą, obiecałam sobie, że nigdy nie powiem do nikogo tych słów, bo wiem, jak to jest, jak człowiek w nocy nie może spać, budzi się i duma przez dwie godziny, a potem przysypia w pracy przed komputerem i na prawdę nie ma na to wpływu!

Dziwne sny

O śnie człowieka wiemy naprawdę bardzo mało. Można powiedzieć, że więcej jest tu niewiadomych, niż faktów. Dlatego trudno powiedzieć, dlaczego właściwie tak jest, ale niewątpliwie w ciąży śnimy zupełnie inaczej, a przynajmniej inaczej odbieramy sny. Czasem mówi się, że są one dużo bardziej wybujałe i fantazyjne niż zwykle, pamiętamy więcej szczegółów i odbieramy je bardziej emocjonalnie. Z własnego doświadczenia, mogę to potwierdzić, bo choć prawie nigdy nie pamiętam snów, tak w ciąży, właściwie codziennie mogłam opowiadać co najmniej o jednym, a czasem nawet o kilku z minionej nocy!

To chyba najdziwniejsze objawy ciąży, jakie mogą nam się przydarzyć. Dajcie znać, których z nich doświadczyłyście i czy ich pojawienie się Was zaskoczyło? 🙂

 

 

Najlepsze sposoby na niejadka, czyli jak sobie poradzić z niechęcią do jedzenia u dziecka?

Jeśli Twoje dziecko nie chce jeść, to prawdopodobnie usłyszałaś już setki porad żywieniowych od znajomych, lekarza, babci i sąsiadki. To jeden z tych tematów, na które każdy chętnie się wypowie i w których teorii jest tyle, ilu doradców. I właściwie można to dosyć łatwo wytłumaczyć, bo każde dziecko jest inne i pewnie metod żywienia, które odnoszą dobre skutki też jest całe mnóstwo. Mimo wszystko, pokuszę się o zebranie i podsumowanie tych, które moim zdaniem są naprawdę skuteczne, a być może posłużą i Waszym Maluchom, albo chociaż dadzą jakiś punkt zaczepienia.

Zasada pierwsza: Nie zmuszaj dziecka do jedzenia!

Dla większości dorosłych ludzi jedzenie jest przyjemnością, a nie smutną koniecznością. Kolacja to okazja do romantycznej randki, spotkania z przyjaciółmi, albo rodzinnego spotkania przy stole i opowiedzenia sobie o całym dniu. Dobieramy sobie potrawy, które lubimy, poświęcamy godziny na szykowanie wykwintnych dań i zostawiamy w restauracjach mnóstwo pieniędzy, ale przecież nikt by tego nie robił, gdyby jedzenie nie sprawiało nam przyjemności. Dążę do tego, że dziecko zmuszane do jedzenia, nie zobaczy w tym nic fajnego, tylko będzie ciągle starać się tego unikać. A trauma związana z awersją do jedzenia może pozostać na całe życie…

Opowiem Wam pewną historię, która być może komuś z Was będzie bliska.

Sytuacja ma miejsce w przedszkolu. Jak zwykle w środę, po basenie, dzieciom podano pierwsze danie obiadu i jak zwykle była to zupa grzybowa. Pewna dziewczynka nie znosiła grzybów, a cyklicznie powtarzająca się zupa grzybowa mogłaby być nawracającym koszmarem sennym, gdyby nie to, że miała miejsce na jawie. W pewnym momencie jedna z przedszkolanek podeszła do dziewczynki i zapytała:

  • Dlaczego nie jesz?
  • Bo nie lubię grzybów
  • To zjedz chociaż zupę, a grzyby zostaw.

Ta propozycja wcale nie brzmiała lepiej. Ale mimo wszystko, dziewczynka posłusznie zjadła zupę. Po chwili podeszła do niej kolejna przedszkolanka i powiedziała:

  • A co to za zostawianie jedzenia? Zjedz te grzyby natychmiast!

I stojąc nad nią, dopilnowała, żeby na talerzu nic nie zostało. Zrozpaczona dziewczynka, nie mogąc przełknąć grzybów, trzymała je w buzi, chcąc wypluć je przy najbliższej okazji. Okazji nie było, aż do powrotu do domu. Leżakowanie i jedzenie podwieczorku musiało odbyć się z pozostałościami obiadu, trzymanymi w policzkach. Dopiero po wyjściu z przedszkola, mama zapytała ją, dlaczego tak dziwnie mówi i zorientowała się, że ma coś w buzi…

To historia sprzed 25 lat. Znam ją bardzo dobrze, bo to ja jestem tą małą dziewczynką. Grzybów nie jem do dzisiaj, a trauma zostanie pewnie na całe życie, tak jak w pamięci zostanie mi wzrok tej bezwzględnej przedszkolanki, stojącej nade mną i zmuszającej mnie do jedzenia.

Zasada druga: Siadaj do stołu z dzieckiem!

Pewnie, że nie zawsze się da, ale jeśli jest taka możliwość, to trzeba z tego korzystać jak najczęściej. Dziecko nie tylko uczy się tego, że jemy posiłki razem, więc z czasem dostrzega w tym pewien rytuał (a rytuały mają nieocenione znaczenie, dla tego małego Człowieczka!), ale również uczy się tego, jak jeść i jak się zachowywać przy stole. To czy ktoś potrafi kulturalnie jeść, posługiwać się sztućcami, posprzątać po sobie itd. to właśnie wynosi się z domu i to od nas zależy jakie zasady przekażemy dzieciom w tym zakresie.

Zasada trzecia: Staraj się jeść na tyle zdrowo, żeby Twoje dziecko mogło jeść to, co Ty!

Jasne, że można po prostu usiąść do stołu i wyciągnąć sobie swojego kotleta, a dziecku podać przepisowo ugotowane mięsko z królika, pozbawione soli i … smaku. Ale w końcu ono też zacznie zauważać, że „Halo, mamo, Ty masz co innego na talerzu, a ja chcę jeść to, co Ty”. W takim przypadku mamy dwa wyjścia. Możemy zacząć dawać Maluchowi wszystko to co jemy, łącznie z pizzą co weekend, obowiązkową wizytą w McDonaldzie, bo akurat był po drodze i kotlecikiem smażonym w głębokim tłuszczu. Ale można też po prostu zacząć jeść zdrowiej, kombinować ciekawe dania i szukać takich przepisów, które będą smaczne również dla nas, a z dużym prawdopodobieństwem również dla dziecka. W końcu nie trzeba przeżyć całego życia na gotowanej marchewce, żeby było zdrowo 😉

Zasada czwarta: Nie komentuj negatywnie, jeśli Maluch nie chce jeść!

Wiem, jakie to uczucie, kiedy po całym przedpołudniu spędzonym przy garach, podajemy dziecku wykwintny obiadek, a ono nie zamierza nawet spróbować, albo pluje nim na odległość i odmawia jedzenia. Frustracja, smutek, rozżalenie. Stracony czas, całą kuchnia do sprzątania, dziecko do mycia, ubranka do prania i jeszcze nic nie zjedzone, więc zaraz jeszcze się okaże, że dziecko jest głodne. Ale mimo wszystko, przelewanie tego żalu na niego, tylko pogarsza sytuacje. Wzbudzamy w dziecku poczucie winy i negatywne skojarzenia z jedzeniem. Siadanie do posiłku, może już od początku kojarzyć mu się ze stresem i nieprzyjemną atmosferą, której chce unikać. W jaki sposób? Oczywiście nie jedząc, więc to błędne koło!

Zasada piąta: Nie nazywaj dziecka „niejadkiem”!

Ostatnia, ale nie mniej ważna zasada, która jest trudna do przestrzegania, a moim zdaniem kluczowa w rozwoju samoświadomości dziecka. Bo co czuje ten Maluch, który mniej lub bardziej już ten świat rozumie, kiedy ktoś ciągle powtarza mu, że jest niejadkiem? Tak naprawdę samo to słowo ma wydźwięk pejoratywny. Ale oprócz tego warto zauważyć, że nawet dorosłym osobom łatwo jest wmówić pewne rzeczy, powtarzając je wystarczająco często i z dużym przekonaniem, nawet jeśli dotyczą one ich samych. To się nazywa manipulacja. Podobnie jest z dzieckiem, choć w jeszcze większym stopniu, bo utwierdzamy go w przekonaniu o tym, jakie jest w momencie kiedy ono samo, jego osobowość i charakter są jeszcze nieukształtowane. W ten sposób, odbieramy mu szansę na zmianę. A każdy kto ma dzieci wie, że co jak co, ale zmiany, nawet te duże, występują u dzieci na porządku dziennym.

Niezależnie od tego, jak trudne wydają nam się problemy z niechęcią do jedzenia naszych dzieci, nie porównujmy ich z innymi. Nie będę tego zapisywać jako kolejną zasadę, ale warto zauważyć, że w dorosłym życiu każdy z nas żywi się inaczej  i nikt nikogo nie ocenia przez ten pryzmat, a już na pewno nie porównuje z innymi. Więc dlaczego mielibyśmy robić to z dziećmi?

Jeśli ten artykuł był dla Ciebie przydatny, proszę daj mi lajka na fb, albo udostępnij ten wpis i pomóż mi dotrzeć do większej ilości osób! 🙂

Odstawiłam dziecko od piersi i to była najlepsza decyzja w moim życiu!

Kiedy dzisiaj ktoś pyta o to, czy żałuję tej decyzji, albo czy jest mi z tym ciężko, to z pełnym przekonaniem zaprzeczam. Choć sama właśnie tak to sobie wyobrażałam: ciągle będę wspominać ten piękny czas karmienia, a wieczorami będę pochlipywać znad butelki mleka, tęskniąc za bezpowrotnie utraconą bliskością. Ale tak nie jest. I choć wspominam i z sentymentem oglądam zdjęcia i filmiki, na których karmię piersią, to jednak nie zmienia to faktu, ze decyzji o odstawieniu nie żałuję i uważam to, za jedną z najlepszych w moim życiu. Oczywiście zaraz po decyzji o tym, że w ogóle będę karmić, choć ta przyszła mi dużo łatwiej i była czymś naturalnym.

Czas się trochę wytłumaczyć z tego co napisałam, bo ci, którzy znają mój blog nie od dziś, dobrze wiedzą, że nie raz pojawiły się tutaj wpisy promujące karmienie piersią i opisujące jego piękne strony. I w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal uważam, że to piękna sprawa i nie żałuję tych wszystkich miesięcy karmienia, mimo iż w moim przypadku, było to bardzo wymagające. Mam na razie tylko jedno dziecko, więc tego cudu również doświadczyłam tylko raz i za nic nie zamieniłabym tych chwil. Ale nie zawsze było kolorowo. Choć od początku nie miałam żadnych „widocznych” problemów jak zastoje, brak mleka, albo zapalenia piersi, nie odczuwałam też żadnych bóli wynikających z karmienia, to jednak było to dla mnie wielkie wyzwanie ze względu na częstotliwość z jaką musiałam podawać dziecku pierś. Nie pamiętam już nawet kiedy to się zaczęło, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że wieczorne karmienie przedłuża się do …rana. Każda próba odkładania do łóżeczka, kończyła się histerycznym płaczem w odstępie czasu od 1 min do około 30 min. Dla zwolenników wspólnego spania, dodam w tym miejscu, że z tym było bardzo podobnie. Po położeniu dziecka obok mnie, na łóżku, reakcja była taka sama jak w łóżeczku. Z tą tylko różnicą, że nie musiałam wstawać i przynosić Małej, tylko położyć ją na sobie. Marta chciała jeść tylko w jednej pozycji (leżąc na moim brzuchu), dodatkowo nie mogłam leżeć na płasko, tylko musiałam być w pozycji półleżącej. Ale to też nie było spanie, bo pobudki były dosłownie co chwilę, a bo wypluła pierś, a bo się zsunęła z mojego brzucha, jak zasnęła, czy coś jeszcze innego. Dziecko było ciągle rozdrażnione, mało jadło stałych pokarmów, na wadzę przybierało coraz słabiej, a o sobie już nie wspomnę, bo po ciągłych nieprzespanych nocach, nie miałam siły kompletnie na nic i rano modliłam się o nadejście wieczoru, a popołudniu ogarniał mnie już przerażający strach, że ten wieczór właśnie nadchodzi i znowu będzie to samo. Jak można się domyślić, kolejnym skutkiem takiej sytuacji był fakt, że nikt nie mógł mnie zastąpić przy dziecku. Zawsze to musiałam być ja, bo inaczej, gdy nie dostawała piersi, to wpadała w straszną histerię, a butelkę traktowała jak najgorszego wroga. Smoczka oczywiście też. Ja byłam totalnie wykończona i słaba, do tego doszły bóle kręgosłupa (od spania, a raczej przysypiania w dziwnych pozycjach) i problemy z koncentracją. Tak wyglądały moje dni i noce i na samo wspomnienie jest mi siebie żal i łza się w oku kręci, choć nie jest to bynajmniej łza wzruszenia. 

Jak to wygląda dzisiaj? Zupełnie inaczej. Marta śpi w nocy zwykle z jedną pobudką, wieczorem i rano pije mleko modyfikowane, a w nocy dostaje tylko wodę. Usypianie nie trwa już kilku godzin, ale maksymalnie 30 minut. Jest dużo mniej płaczliwa i bardziej radosna. Rano budzi się z uśmiechem a nie płaczem. To wszystko jest piękne i aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie, nastąpiło tyle zmian. Kolejną zmianą jest przytulanie. Wcześniej być może ta potrzeba bliskości zaspokajana była przez karmienie piersią. Teraz Marta sama znalazła sobie inny sposób na zaspokajanie tej potrzeby i uwielbia się przytulać!

Na koniec dodam małe wyjaśnienie, bo chyba ono jest potrzebne. Zaprzestanie karmienia piersią nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy z dzieckiem, ani ratunkiem na nieprzespane noce. Ten wpis nie jest więc promocją odstawienia dziecka.  Po prostu w moim konkretnym przypadku, okazało się to być najlepszym rozwiązaniem, niezależnie od tego, jak zostanie to ocenione przez inne matki 🙂

Wiem, że jest cała masa kobiet, które karmią długo i nie raz spotykają się z nieprzyjemnymi reakcjami nie tylko ze strony obcych osób, ale czasem nawet i rodziny, która tego nie rozumie. Są też kobiety, które karmią mlekiem modyfikowanym i czują się terroryzowane przez inne matki, które starają się je ocenić, jako mniej wartościowe czy mniej zdolne do poświęceń. Osobiście uważam, że jedyną osobą, która wie ile i czy w ogóle powinna karmić piersią swoje dziecko jest jego matka. I nikt więcej nie powinien się na ten temat wypowiadać.

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Jesteś mamą? Zostań managerem!

Ja wiem jak często postrzegana jest praca w domu i jak ludzie wyobrażają sobie matki spędzające cały dzień z dzieckiem. Coś ugotuje, posprząta, z dzieckiem się pobawi, a reszta dnia na facebooku. Czas dla siebie? Proszę bardzo, ile się tylko chce! Przecież nikt nie uwierzy, że ktoś ma siłę cały dzień bez żadnej przerwy spędzać z Maluchem, na układaniu klocków, robieniu głupich min, a w przerwach na odkurzaniu, gotowaniu i sprzątaniu – ale to też wspólnie. Czasem jak opowiadam komuś o tym, jak ta moja codzienność wygląda, to spotykam się z dużym niedowierzaniem. Dzisiaj pewnie, że trochę to wkurza, tak jak wkurzają ciągłe pytania o powrót do pracy. Bo dzisiaj jest taka presja, że jak ktoś nie pracuje zawodowo, a może nawet więcej: jeśli ktoś nie chodzi do pracy na 8 godzin dziennie, to już znaczy że do roboty się nie rwie i raczej takim typem „kanapowca” jest. Telewizor, kanapa, telefon w ręce, odpoczynek, może jakiś zasiłek, bo czemu by nie pobrać skoro dają, a jak dziecko się nawinie, to i można się nim chwilę zająć, jak już i tak się w tym domu siedzi. Ale żeby się rozwijać, o karierze jakiejś myśleć, książki czytać, kursy czy szkolenia robić, czy wiedzę wzbogacać to już na pewno nie. Pewnie z tym jest różnie. Mi też wszyscy mówili: „Zobaczysz, jak będziesz mieć dzieci, to już nie będziesz mieć na nic czasu”. Sama nie wiem, jakim cudem prowadzę jeszcze bloga, choć może już nie z taką częstotliwością jak kiedyś, ale jednak! I robię jeszcze masę innych rzeczy, o które nikt Matki Polki nie pyta, bo kto by tam podejrzewał, że mogłaby się jakimiś ambitnymi zajęciami trudzić. No dobra, piszę to trochę z takim przymrużeniem oka, bo wiadomo, ile ludzi, tyle opinii i nie ma co tu generalizować. Ale jedno co pewne, to to, że praca w domu, to jest naprawdę mega wyzwanie dla każdej kobiety i powinna być ona traktowana jako pełnowymiarowa i pełnoprawna praca zawodowa. I nie przypadkiem użyłam tu słowa praca!

Dlaczego praca w domu to też PRACA?

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że jak ktoś pracuje zdalnie – czyli wykonuje swoją pracę z domu, to nie widzimy w tym nic dziwnego, ani też nie dewaluujemy wartości tego co robi, tylko ze względu na miejsce pracy. Dlatego można powiedzieć, że z mamami jest podobnie. Choć wykonują swoją pracę w domu, to nie oznacza to, że ich praca jest mniej wartościowa. Może jest mniej, może jest bardziej, ale to nie miejsce pracy o tym decyduje, a zaangażowanie, liczba obowiązków, ilość i charakter dzieci, warunki mieszkaniowe i mnóstwo innych czynników.

Odpowiedzialność za innych

Jak by nie patrzeć, wychowanie dzieci to ogromna odpowiedzialność. Za ich życie, zdrowie, bezpieczeństwo, rozwój, potrzeby itd. Jeśli mówi się, że po porodzie zmienia się całe życie, to dużo w tym prawdy, w takim znaczeniu, że w życiu człowiek odpowiada i dba o zaspokajanie swoich potrzeb, odpowiada za siebie samego, skupia się na swoich celach, dążeniach, wartościach. A tutaj pojawia się kolejna istota, która jeszcze tego nie potrafi i na nas spada odpowiedzialność za jej byt. To jest piękne, i jednocześnie bardzo trudne. Zauważcie, że zawody, które wymagają wzięcia odpowiedzialności za innych ludzi są wysoko płatne i bardzo poważane!

Organizacja i planowanie

Przypominam sobie spontaniczne wyjazdy  weekendowe, kiedy ktoś ze znajomych rzucił hasło „jedziemy nad jezioro?” i pół godziny później, zapakowani do samochodu, byliśmy już w drodze. A teraz wygląda to zupełnie inaczej, byle jaki wyjazd do lekarza, wymaga przygotowań, spakowania wcześniej torby, przygotowania picia i to jeszcze z zapasem, bo przecież upały są. Trzeba dopilnować, żeby pampersy zawsze były na zmianę, żeby kapelusik był na głowie, żeby pieluszkę tetrową zabrać, żeby dziecku wcześniej drzemkę urządzić itd itd… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo przecież spraw, o których trzeba pomyśleć, które trzeba zaplanować, jest na prawdę mnóstwo. Tak jak mnóstwo jest potrzeb tego małego człowieczka, o które jeszcze on sam nie potrafi zadbać, i  trzeba to zrobić za niego 🙂 Znam dużo mam, które są wspaniałymi organizatorkami czasu, potrafią przewidywać różne sytuacje, myśleć do przodu i ciągle zaskakiwać wszechstronnym dbaniem o wszystko! Sama należę do osób, które żyły w twórczym chaosie do momentu pojawienia się dziecka i czasem nie mogę uwierzyć jak inne jest teraz moje myślenie. Spontaniczność? Tak, pewnie, ale taka wyważona i …planowana 😀

Zarządzanie ludźmi

Zarządzanie ludźmi brzmi super, to jedna z tych poważnych kompetencji, które można nie raz znaleźć na ogłoszeniach o pracę dla managerów i innych ładnie brzmiących stanowiskach pracy. Ciekawe, że w domu mamy właśnie z tym do czynienia. Zajmujemy się dziećmi, którym trzeba zorganizować cały dzień, uwzględniając czas na zabawę, posiłki i ich przygotowanie, spacer i czas spędzony na zewnątrz, drzemki, kąpiel i obowiązki. No i oczywiście w tym zarządzaniu innymi, pamiętać trzeba też o sobie, bo przecież swój dzień i swoje powinności też trzeba jakoś sensownie zaplanować. Codzienne chodzenie do pracy wyznacza rytm życia, który pozwala na oddzielenie obowiązków zawodowych od domowych, a to jest bardzo cenne i pomocne przy organizacji dnia.

Czas dla siebie

Tak na prawdę to chyba jest najtrudniejsze, bo mając dzieci jakoś tak łatwo zapomnieć o swoich potrzebach i skupić się tylko na nich. Szczególnie jeśli spędza się z nimi całą dobę. Ale tak naprawdę ten czas dla siebie, może mieć ogromny wpływ na polepszenie jakości czasu spędzanego z dziećmi. Zresztą tak jest z każdą pracą. Z tym, że ludzie na etacie, odpoczywają od niej codziennie po godzinach, w weekendy i na urlopie. A my mamy, mamy urlop tylko wtedy, kiedy same o niego zadbamy, ale może dlatego też bardziej się go docenia 😉

Jesteś SAMA swoim szefem

Jeśli pracujemy u kogoś, a nie jesteśmy na własnej działalności to w większości realizujemy czyjeś cele i założenia, a więc zadania jakie mamy do wykonania, określane są z góry i nie musimy się o nie troszczyć w zakresie ich wyznaczania, a jedynie w zakresie ich realizacji. Praca w domu jest prowadzeniem własnej firmy. Byciem swoim własnym szefem (i szefem dzieci), managerem i pracownikiem. Wyznaczamy sobie cele, planujemy realizację, rozdzielamy zadania, dbamy o satysfakcję pracowników (również siebie) i o sensowne wynagrodzenie 🙂

Wpis zrobił się długi, ale myślę, że temat ważny, więc mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Dajcie mi znać co o tym myślicie i czego Was nauczyło macierzyństwo? 🙂

 

Największe zaskoczenia porodowe!

Jest kilka rzeczy, które zmieniają się w chwili porodu i o których naprawdę nikt nie mówi. Internet jest pełen artykułów na ten temat, w których opisuje się mnóstwo ważnych spraw, choć jednak nie wszystkie. Skąd to wiem? Bo sama się przekonałam. Rok temu, wtedy kiedy przyszła na świat moja Córka. Choć przeszukałam cały internet, dołączyłam na fb do kilkunastu grup parentingowo – ciążowych i naczytałam się poradników, okazało się, że wciąż nie wiem wszystkiego. I na sali porodowej i po wyjściu z niej przeżyłam niemałe zaskoczenie. Dlatego dzisiaj trochę o tym właśnie, co może Was zaskoczyć (albo i nie?), jak traficie po raz pierwszy na porodówkę.

O łzach szczęścia, które pojawiają się zupełnie niekontrolowanie zaraz po porodzie mówi się dużo, więc nie na nich będę się skupiać. Warto jednak dodać, że mało kogo one ominą, bo faktycznie moment porodu to JEDYNA taka chwila w życiu, której opisać się nie da, mimo najszczerszych i najlepszych chęci. Dziesiątki razy przepytywałam z zaciekawieniem doświadczone matki, jak u nich wyglądał poród, pobyt w szpitalu i pierwsze dni w domu, a gdy sama wylądowałam na porodówce okazało się, że jestem kompletnie ZIELONA. Dlaczego? Bo co chwilę działo się coś, czego się nie spodziewałam i czego nie oczekiwałam (przyjmując oczywiście śmiałe założenie, że w obliczu tak strasznego bólu, można w ogóle czegoś oczekiwać poza rychłym ukróceniu tego cierpienia 🙂 ).

Pierwsza rzecz, która mnie meeega zaskoczyła już po przekroczeniu progu szpitala, był fakt, że ja- matka polka w 9 miesiącu ciąży, w 40 tygodniu, ze skurczami co 5 minut, zwijająca się bezwstydnie na krześle, będę czekać na przyjęcie i w ogóle na jakieś zainteresowanie. Nie, nie mówię tego z żadną pretensją do personelu, po prostu myślałam, że to będzie dokładnie tak, jak w filmach: ja wbiegam i krzyczę, że rodzę, a wtedy wszyscy do mnie podbiegają – położne i lekarze trzymają mnie pod pachy, żebym nie upadła i wloką na porodówkę najszybciej jak się da, żebym czasem nie urodziła na korytarzu. A w życiu, jak to zwykle, nie było tak, jak na filmach i lekarka spojrzała tylko na mnie ze stoickim spokojem i powiedziała, że jak skurcze będą co 3 minuty, to wtedy mam zapukać. I tyle. Drzwi się zamknęły. Żałuję, że nie mogłam wtedy zobaczyć swojej miny 😉

Kolejna rzecz, która nie przebiegła zgodnie z moimi wyobrażeniami, to była pierwsza faza porodu. Spodziewałam się, że położna będzie ze mną przez cały ten czas. Że będzie mnie wspierać, mówić co mam robić, zachęcać żebym pochodziła po pokoju, albo proponować różne pozycje i najważniejsze- utwierdzać mnie w przekonaniu, że nie umrę! Ale nic z tego! Przychodziła raz na jakiś czas i badała mnie, nic sobie nie robiąc z tego, że błagałam, by nie robiła tego na skurczu, bo byłam pewna, że odruchowo przyładuję jej nogą w twarz.  To dopiero było dla mnie zaskoczenie! Nie mam pojęcia ile czasu to wszystko trwało i ile jej nie było, bo ostatnią rzeczą, o której wtedy myślałam był upływający czas.

W końcu przyszedł czas upragnionego porodu i tutaj też nie obeszło się bez zaskoczeń. Ja wiem, że zawsze się mówiło, mówi i pewnie będzie mówić, ze w chwili porodu zapomina się o całym bólu. Więc i ja czekałam na to błogie zapomnienie. I jest! Przyszło. Szkoda, że nikt nie mówił, że tylko na chwilę! Faktycznie, jak zobaczyłam moją córkę, całą i zdrową, to jedyne o czym myślałam, to dziękowanie Bogu, bo przecież tyle rzeczy po drodze mogło się wydarzyć… Więc tak, szczęście mnie opanowało bez reszty. Te kilka chwil byłam tylko dla niej. Ale potem? Potem stopniowo do mózgu zaczęły docierać pewne informacje i wspomnienia. I wiecie co? Dzisiaj, rok po porodzie dobrze pamiętam ten ból i choć nie śni mi się on po nocach, to jednak myślę, że nigdy nie zapomnę tego, jakie to było przeżycie. I może dobrze, bo wiem, że zrobiłam to dla Niej! 🙂

To nie koniec okołoporodowych zaskoczeń. Będą jeszcze kolejne, tym razem związane z nowonarodzonym Maluszkiem. Ale to już w kolejnym wpisie. Dajcie znać, co Was zaskoczyło przy pierwszym porodzie? 🙂

Kobieta w IT – cz. II – czyli o przebranżowieniu, zdobyciu wymarzonej pracy i starcie w IT!

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją opowieści o przebranżowieniu i starcie w IT. Pierwsza część dostępna jest tutaj, więc jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to zachęcam żeby od tego zacząć! 🙂 Nie będę zanudzać Was przydługimi wstępami, bo zapewne każdy  z Was czeka na konkrety, więc zaczynajmy!

Rozmowa kwalifikacyjna- Jak sobie radzić z „pustym” CV?

To pytanie zadaje sobie pewnie wielu z Was. CV jest bardzo ważnym elementem w procesie rekrutacji, ponieważ to na tej podstawie jesteśmy zapraszani (lub nie!) na rozmowę kwalifikacyjną i dostajemy szansę wykazania się. Jeśli uczysz się programować, ale zupełnie sam i nie masz studiów informatycznych, żadnych certyfikatów, kursów, szkoleń itp. to też musisz dać okazję potencjalnemu pracodawcy do tego, żeby poświęcił czas na skontaktowanie się z Tobą i sprawdzenie, co faktycznie potrafisz. Jak sobie z tym poradzić? Napisz w CV o tym, co udało ci się dotychczas zrobić, np o aplikacji jaką samodzielnie napisałeś, albo projekcie, w którym uczestniczyłeś. Pisałam ostatnio o tym, że warto w ramach nauki, pisać jakąś prostą aplikację i stopniowo ją rozwijać. Taki wpis w CV daje rekrutującemu informację, że nie jesteś zupełnie zielony, i choć z dużym prawdopodobieństwem nie będzie zainteresowany „przeklikiwaniem” Twojego projektu, to z pewnością zwróci na to uwagę i na tym oprze część rozmowy kwalifikacyjnej. Może zapytać o wybór języka programowania, wykorzystane technologie, bazę danych, zastosowane metody, wzorce projektowe i wiele innych rzeczy. W czasie takiej rozmowy można się bardzo dużo dowiedzieć o tym, czy ktoś faktycznie „ogarnia” i czy choć trochę ma pojęcie o programowaniu, czy też linijka po linijce z niezwykłą dokładnością, przepisał podręcznikowe ćwiczenia, uparcie stroniąc od wiedzy i możliwości rozwoju.

Jak to było u mnie? W ramach pracy magisterskiej napisałam program, służący do wyceny nieruchomości przy pomocy 3 różnych metod. Zajęło mi to właściwie cały rok, bo kiedy zaczynałam to robić, dopiero powoli dowiadywałam się czym jest programowanie obiektowe, więc właściwie większość czasu poświęcałam na czytanie i szukanie rozwiązań, a nie na samo programowanie. Ostatecznie właśnie o tym projekcie wspomniałam w CV i krótko opisałam wykorzystane technologie. Był to główny przedmiot zainteresowania na mojej pierwszej (i ostatniej) rozmowie kwalifikacyjnej z „pustym” CV. Każda kolejna była już prostsza, ponieważ mogłam opowiadać na nich o swoim dotychczasowym doświadczeniu w IT.

Od jakiej pracy zacząć?

Od 5 roku studiów geodezyjnych wiedziałam, że chciałabym programować. I cały czas szłam w tym kierunku, bo tym własnie wypełniałam wszystkie swoje wolne chwile. Ale droga do tego celu wiodła mnie również przez inne stanowisko. Początkowo dostałam pracę jako serwisant IT w firmie informatycznej. Nauczyłam się tam przede wszystkim obycia z komputerem i praktycznej pracy z bazami danych, która okazała się mi bardzo pomóc na kolejnym stanowisku. Dzięki temu mój start w IT był „łagodny”, stopniowy i nie przeżyłam dużego skoku na głęboką wodę. Na czym polega praca serwisanta? Pewnie zależy to od firmy, w której przychodzi nam pracować. Moje doświadczenie jest takie, że codziennie przez 8 godzin przyjmowałam zgłoszenia klientów (telefoniczne, lub mailowe), następnie (gdy udało mi się wyciągnąć od rozmówcy sedno problemu), umieszczałam treść zgłoszenia na Mantisie. W międzyczasie te zgłoszenia trzeba było rozwiązywać. Serwisowałam w przeważającej większości aplikację mojej firmy, ale oczywiście nie tylko! Zdarzyło mi się naprawiać problemy z drukarką fiskalną, czy z zawirusowanym komputerem. Czasem trzeba było naprawić komuś zwykłą drukarkę, a czasem zainstalować Windowsa na serwerze. Ale jednak najczęściej pisałam zapytania w bazie danych (u klienta).

Jak wrócić po długiej przerwie?

W podobnej sytuacji są osoby, które mają dłuższą przerwę w pracy w zawodzie, czyli np mamy, przebywające na urlopach macierzyńskich. Z programowaniem jest tak, że jeśli nie idziesz na przód, cofasz się. Cały czas trzeba się douczać. Technologie ewoluują, idą do przodu i jeśli nie idziesz wraz z nimi, to możesz zapomnieć o świetlanej programistycznej przyszłości finansowej i pogodzić się z tym, że i w tym zawodzie ten, kto niewiele umie, nie wiele też zarabia. Sama aktualnie nie pracuję zawodowo, bo zajmuję się dzieckiem, jednak nie zarzuciłam nauki programowania na ten czas. Stosuję najlepszą (moim zdaniem) metodę, czyli praktyka, praktyka, i jeszcze raz praktyka! Ale nie będę za dużo opowiadać o tym co robię, po prostu zaglądnijcie na stronę: www.bestwebby.com . To takie „moje dziecko”, czyli portal, którego jestem współautorem. Chcieliśmy stworzyć aplikację, będącą zbiorem najlepszych portali internetowych, umożliwiającą wyszukiwanie po kategoriach (oraz innych kryteriach), a także ocenianie i komentowanie portali. Choć Bestwebby ciągle jest rozwijane (w ten sposób też się uczę!), to już dziś postanowiłam się z Wami podzielić tym projektem. Dotychczas mamy 4 wersje językowe strony (polska, angielska, niemiecka i hiszpańska). Aplikacja napisana jest w bootstrapie, dzięki czemu można z powodzeniem korzystać z niej również w telefonie, czy tablecie. W naszej bazie danych mamy już ponad 100 tys portali i na bieżąco ją uzupełniamy! Jeśli masz stronę internetową, lub po prostu chcesz podzielić się swoimi ulubionymi stronami, dodaj je do Bestwebby! A jeśli chcecie po prostu docenić moją pracę, a ten projekt Wam się podoba, to zapraszam do polubienia nas na Fb!

Jak dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej?

Skoro już zostaniemy zaproszeni na spotkanie kwalifikacyjne, to dobrze by było wypaść na nim jak najlepiej. Pamiętam, że na swojej rozmowie powiedziałam przyszłemu szefowi, że moją mocną stroną w tym momencie nie jest to, ile umiem, ale to, jak szybko się uczę i chyba go nie okłamałam, bo gdy odchodziłam z pracy, przypomniał mi te słowa i potwierdził z pełnym przekonaniem. Chodzi o podejście do pracy i choć o tym, jaka jest prawda szef przekona się dopiero jakiś czas po podjęciu z tobą współpracy, to jednak warto już w trakcie pierwszego spotkania, pokazać, że nie boisz się wyzwań i potrafisz rozwiązywać problemy.  I nie, nie uważam, że na rozmowie trzeba „grać” pewnego siebie, nawet jak w środku się telepiesz. Trzeba zmienić nastawienie i przyzwyczaić się do sytuacji, że czegoś nie wiesz, że nie rozumiesz, albo, że czegoś nie ogarniasz. Nowa praca, nowy zawód i czasem też zupełnie inny specjalistyczny, techniczny język – jeśli Cię to przeraża, to prędzej czy później ta sytuacja cię przerośnie. Musisz się przyzwyczaić do sytuacji, w której ciągle czegoś nie wiesz i dać sobie do tego prawo. W dobrym zespole i ambitnej pracy jeszcze przez jakiś czas tak będzie. Ale właśnie to daje Ci ogromne perspektywy rozwoju, więc jeśli tak się czujesz, to dobrze trafiłeś!

Jak dobrze wystartować w IT?

No właśnie – przychodzi nowa osoba do zespołu. I co robi? Otóż są dwa typy ludzi i pozwólcie, że podzielę się moją osobista refleksją – choć może nie taką znowu osobistą, bo jest ona poparta nie tylko moimi doświadczeniami, ale i rozmowami z innymi informatykami.

Pierwszy typ to Zosia Samosia. To osoba, która w życiu stawia na samodzielność. Nigdy nie poprosi o radę, nigdy nie podpyta o rozwiązanie, ani nawet podpowiedź. Jak czegoś nie wie, to udaje, że wie, żeby potem nadrobić to w zacisznej atmosferze swojego informatycznego kącika. Nie ma żadnych granic i potrafi tygodniami siedzieć nad jednym zagadnieniem, żeby dojść do rozwiązania samodzielnie.  

Drugi typ to Pytek. Pytek to przeciwieństwo Zosi Samosi. Ten z kolei nic nie wie i niczego nie jest pewien. Gdy dostanie zadanie, to zanim jeszcze zdąży go przeczytać, leci zapytać kolegi, o co chodzi. Ale nie tylko jednego. Chodzi po wszystkich w zespole i dopytuje. Każdemu przerywa pracę, w efekcie czego większość dnia poświęca na przeszkadzanie innym. Nie traci czasu na zaglądnięcie do googli, czy na „Stack’a„. Całą swoją pracę opiera na tym, co wyciągnie od innych. Każdy średnik zweryfikuje najpierw ze wszystkimi w zespole, zanim „zakomituje” zmiany. 

Jak się można domyślić, żaden z tych typów nie jest pożądany z punktu widzenia pracodawcy. Zosia Samosia marnuje jego pieniądze na nadmiarowe godziny spędzone na rozkminianiu rzeczy, które ktoś mógł wytłumaczyć jej w 5 minut. Z kolei Pytek marnuje jego pieniądze, kradnąc czas innych członków zespołu, który mogliby poświęcić na swoją pracę, sam pracując przy tym wyłącznie odtwórczo. Dobry pracownik charakteryzuje się równowagą między tymi dwoma skrajnościami: najpierw sam analizuje problem, poświęca chwilę na zastanowienie, szuka rozwiązań, przegrzebuje stacka i próbuje zrobić zadanie. Dopiero gdy utknie w martwym punkcie, to startuje do kogoś po pomoc.

Czy kobietom w IT jest trudniej?

Kiedyś był taki stereotyp, że kobieta informatyk istnieje, ale tylko w dowcipach (i to słabych), a w życiu, jeśli się już zdarzy, to jest jednym wielkim pośmiewiskiem, na widok którego chowasz ręce w twarz i sam nie wiesz, czy śmiać się, czy płakać. W dzisiejszych czasach kobiet w IT jest naprawdę sporo, ale zawód programisty jest wciąż jeszcze zdominowany przez mężczyzn. Mimo to kobiety chcą iść w tym kierunku i coraz więcej z nich ma odwagę przełamywać te schematy, co jest oczywiście super, jeśli idzie to  w parze z predyspozycjami i konkretnymi umiejętnościami (choć kryterium to tyczyć się powinno także mężczyzn). Czy przez stereotypy, które wciąż są obecne w społeczeństwie, kobietom jest trudniej?

Kiedy zaczynałam pierwszą pracę w IT (jako serwisant), to bardzo często spotykałam się z reakcjami klientów w stylu:

  • „Prosiłem, żeby mnie połączono na serwis”
  • „Tak, jest Pan na serwisie!”
  • (chwila ciszy) „A to mogę rozmawiać z jakimś serwisantem?”
  • „Tak, przy telefonie, proszę mówić”
  • „A…. aha. A mogę z jakimś serwisantem … FACETEM?”

Część klientów w ogóle nie decydowała się na rozmowę ze mną, właśnie dlatego, że jestem kobietą. Więc potwierdzam, że start faktycznie jest trudniejszy, bo jak kobieta odbiera słuchawkę na serwisie, to większość osób przeklina, że znowu coś ich przełączyło do sekretariatu. Osobiście nigdy nie brałam tego do siebie. I tak miałam tyle pracy, że nie miałam czasu jeszcze zabiegać o względy tych upartych klientów. Dopiero X szybko i satysfakcjonująco rozwiązanych zgłoszeń sprawiło, że przekonałam do siebie początkowo upartych niedowiarków, a okazji do tego miałam wiele, bo zdarzało się że na serwisie byłam sama i z braku laku musieli korzystać z moich usług. Gdy odchodziłam z pracy, wielu z nich chciało już rozmawiać tylko ze mną. Nie mówię tego, żeby się pochwalić (to też, wiadomo!), ale po to, żeby Wam uświadomić, że jeśli ktoś jest dobry w tym co robi, to to wyjdzie – nawet pomimo początkowych uprzedzeń. W kolejnej pracy – jako programistka, nie spotkałam się już z takim podejściem. Wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że w pewien sposób miałam przez to łatwiej, a przynajmniej taka jest opinia moich współpracowników, bo podobno nie zdarzyło się by ktoś na spotkaniach porannych zbierał pochwały za swoją pracę, a mi się to przytrafiło nie raz. Więc może to faktycznie bonus za bycie kobietą i za te wszystkie niesprawiedliwe stereotypy, które musimy dźwigać? 🙂

Znowu się strasznie rozpisałam, ale to temat, którym żyję i mogłabym o nim pisać bez końca… Jeśli macie jakieś jeszcze pytania, to czekam na nie w komentarzach, być może za jakiś czas zrobimy trzecią część 🙂

 

Kobieta w IT cz.I – czyli o przebranżowieniu, zdobyciu wymarzonej pracy i starcie w IT!

Co raz więcej kobiet chce pracować w IT i trudno się temu dziwić, ponieważ w tej branży przyciągają nie tylko duże możliwości rozwoju, ale także (nie ukrywajmy!) perspektywy finansowe. Dlatego dziś, zgodnie z obietnicą, opowiem Wam trochę o pracy w IT, o tym w jaki sposób się przebranżowiłam, ile mnie to kosztowało i ile zajęło czasu. Odpowiadam też w tekście na Wasze pytania! 🙂

Czy IT to praca dla mnie?

Właściwie to na początku warto zadać sobie pytanie, czy w ogóle chcesz w to iść i czy faktycznie Twoim powołaniem jest spędzenie życia przed komputerem. Każdy ma inne predyspozycje i niekoniecznie każdy nadaje się do pracy, w której relacje nawiązujesz głównie ze swoim środowiskiem programistycznym, a o rozterkach i problemach opowiadasz stojącej na biurku kaczce. Wiem, że teraz powstało sporo firm, które próbują wmówić ludziom, że to robota dla każdego, zwabiając klientów tanimi hasłami: „Nauczymy cię programować od zera i znajdziemy ci pracę w IT”. I faktycznie dużo ludzi w to wierzy i snuje wyobrażenia o świetlanej przyszłości finansowej, o której słyszał od znajomych programistów, a nagle okazuje się, że nie radzi sobie kompletnie na stażu, nie wie o czym mowa i czemu wszyscy ci ludzie mówią w innym języku. Dlaczego tak jest? Bo praca w IT, to nie zajęcie dla osób, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić, albo szukają jakieś dochodowego zajęcia. Na takim podejściu można się przejechać. To jest praca dla osób, które mają choć trochę przyjazną relację z komputerem (i nie mówię tutaj o relacji z facebookiem:) ) i które w dotychczasowych swoich doświadczeniach około-informatycznych radziły sobie dobrze lub chociaż nienagannie.

Jak zacząć?

Jak chyba we wszystkich zmianach w życiu – na początku potrzeba przede wszystkim dużo motywacji. Na tyle dużo, że starczy jej na wszystkie smutne chwile, załamania, zachwiania i wątpliwości. Sama przeżyłam takich chwil mnóstwo. Ciągle zadawałam sobie pytanie, czy mi się to uda i czy sobie poradzę w nowym zawodzie. Ale przecież to nie jedyne wątpliwości, które się pojawiają. Wydawało mi się, że brak studiów informatycznych będzie się za mną ciągnąć latami, a CV świecące pustkami będzie odstraszać przyszłych pracodawców. Jeśli mam być szczera to chyba największe wątpliwości przeżywałam przed pierwszą rozmową o pracę w branży IT. Stwierdziłam, że pójdę tam, ale tylko zobaczyć jak takie rozmowy wyglądają, trochę się zapoznać z tematem, zanim faktycznie będę się rekrutować. Takie nastawienie sprawiło, że na rozmowie byłam wyluzowana i ku mojemu zaskoczeniu dostałam tę pracę!

Ale wracając do tematu, na początek trzeba sobie obrać jakiś kierunek, w którym chcemy iść. Praca w IT to bardzo szerokie pojęcie, więc fajnie by było wiedzieć, co konkretnie nas interesuje, a co za tym idzie, czego się uczyć.

Ja od początku wiedziałam, że chce być programistką .NET (od początku, czyli od 5 roku studiów geodezyjnych 🙂 ), natomiast droga do tego celu wiodła mnie przez jeszcze inne stanowiska, o czym opowiem w dalszej części.

W którym kierunku iść, czyli w czym warto programować?

Odpowiedź na to pytanie nie jest oczywista. Na pewno warto inwestować w języki, które się rozwijają i na które jest duże zapotrzebowanie. Oczywiście, łatwo powiedzieć, ale co zrobić, jeśli totalnie się na tym nie znamy? Wyjść jest kilka. Moim zdaniem pierwsze i najlepsze rozwiązanie, to zapytanie o radę kogoś, komu ufamy i kto się zna. Może się to wydawać dziwne rozwiązanie, bo to poleganie na czyjejś opinii, a ta przecież zależy od wielu osobistych czynników i nigdy obiektywna nie jest. Ale takie podejście ma również wiele zalet. Jeśli masz kogoś znajomego, kto już programuje i „siedzi w tej branży”, to warto się zastanowić, czy nie zainspirować się jego przykładem i nie zacząć się uczyć programować w tym samym.  Dlaczego? Po pierwsze masz kogoś, kto odpowie na Twoje pierwsze najbardziej podstawowe pytania, które być może głupio by ci było zadać komuś zupełnie obcemu. Po drugie, możesz się dowiedzieć więcej o tym, co konkretnie musisz umieć na początek, a także zaczerpnąć dobrych pomysłów na naukę. Chyba nie ma lepszego źródła takich informacji, jak osoba, której już się to udało, czyli która osiągnęła już cel, do którego ty chcesz dążyć i tą drogę ma już za sobą, prawda?:)

Choć mówi się, że IT jest wszechobecne i otacza nas z każdej strony, to być może nie masz żadnego informatyka w gronie znajomych, któremu możesz zaufać i podpytać o to i owo.  Co wtedy robić? Warto w takiej sytuacji przeglądnąć oferty pracy. Taki przegląd może dać trochę informacji o tym, co teraz liczy się na rynku i jacy specjaliści są najbardziej poszukiwani. Więc to chyba też jest jakaś odpowiedź na pytanie, w co iść. Jeśli jednak chcesz uderzać w najpopularniejsze języki programowania, to tutaj możesz podglądnąć sobie ich listę: link (klik)

Jak to było u mnie? Ja dużych wątpliwości nie miałam. Skorzystałam z tej pierwszej metody, i zainspirowana znajomymi programistami, postanowiłam poduczyć się C#. Zdecydowanie nie żałuję tej decyzji! Programowanie w c# jest bardzo wygodne jeśli chodzi o „webówkę” i ma wsparcie dla nowych technologii! Dzisiaj wiem, że aktualnie świat programistyczny „stoi” na internecie, więc choć sama zaczynałam od aplikacji desktopowych, to jednak gdybym miała drugi raz zaczynać, naukę, przeszłabym od razu do webowych.

Jak się uczyć i ile to trwa?

To, co trzeba umieć, zależy od stanowiska, na które chcemy się rekrutować. Na pewno warto w miarę obyć się w IT i niezależnie od stanowiska na jakie aplikujemy, zaprzyjaźnić się z komputerem, w szerokim tego słowa znaczeniu. 🙂 A jeśli chodzi o samą naukę programowania, czy testowania, to jestem wyznawcą zasady, że ludzie dzielą się na samouków i nieuków. Nie wierzę w żadne cudowne kursy, na których „ktoś nauczy cię programować”. Jeśli nie nauczysz się sam, to nikt cię nie nauczy. Studia informatyczne czy kursy są pomocą- mogą coś rozjaśnić, mogą być inspiracją, która sprawi, że zetkniesz się z czymś, w co faktycznie chcesz iść. Ale nie oszukujmy się – nikt nikogo niczego nie nauczy. Nauka programowania to dziesiątki, a nawet setki godzin spędzone w bardzo kameralnym towarzystwie: tylko ty i komputer. I jeśli to polubisz na tym etapie, to z pewnością jest to dla ciebie 🙂

Może komuś z Was nasuwa się pytanie: „Ok, jest komputer, jestem ja i … co dalej?”. Na samym początku przyda się jakaś książka, kurs, czy tutorial, który pozwoli nam na ściągnięcie odpowiedniego środowiska programistycznego i zapoznanie się z podstawami języka. A później to już jest tylko pisanie, pisanie, pisanie. Czyli wymyślasz sobie jakiś projekt i go realizujesz. Z czasem możesz go rozwijać, albo tworzyć kolejne projekty. Nic tak nie pozwoli ci nauczyć się programować, jak rozwiązywanie konkretnych problemów.

Natomiast na pytanie ile trwa nauka programowania, nie da się odpowiedzieć jednoznacznie. Mogę podzielić się za to swoim doświadczeniem i powiedzieć ile zajęło to mnie. Właściwie było to kilka miesięcy pracy, aczkolwiek mam wrażenie, że gdyby nie studia dzienne, praca na pełny etat i mnóstwo dodatkowych zajęć, to dałoby się to skondensować do 3 tygodni 😉 Uczyłam się tylko w weekendy i po godzinach.

W trakcie pisania tego wpisu,okazało się, że zrobił się on strasznie długi, w związku z czym muszę podzielić go na dwie części. W kolejnym wpisie dowiecie się w jaki sposób dostać pracę IT bez żadnego doświadczenia, jak poradzić sobie z „pustym CV” i dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej, o tym jak wyglądają początki pracy w IT i czy faktycznie żarty z kobiet informatyków są uzasadnione 🙂 Jeśli chcecie wiedzieć więcej, to napiszcie swoje pytania w komentarzach! Być może macie podobne doświadczenia i też zmieniłyście branżę właśnie na IT? Koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze doświadczenia! 🙂

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz lub daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?

Sytuacja wydarzyła się w jednej z krakowskich galerii, ale właściwie mogłaby wydarzyć się wszędzie i tak pewnie na co dzień się dzieje. Ale ja pierwszy raz widziałam coś takiego, a przynajmniej na taką skalę. Robiąc zakupy w Auchan, minęłam młodą kobietę, która w ręce trzymała telefon i wydawała się być bardzo zaangażowana w prowadzoną przez niego rozmowę o sobotniej imprezie i opowieścią o tym, jak się po niej czuła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chwilę później dostrzegłam, biegnącą za nią, małą dziewczynkę. Miała może 3-4 lata. Continue reading „Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?”

Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!

Będąc w przychodni, z dwumiesięczną Martą w chuście, chodziłam sobie wzdłuż korytarza tam i z powrotem i czytałam jej na głos opisy zdjęć, wiszących na ścianach. Czasem komentowałam też to, co było na zdjęciach. Kolejka była długa. Tłumaczyłam Dziecku, że musimy poczekać na swoją kolej, i że za każdym razem jak ktoś wchodził do gabinetu, mówiłam ile osób jeszcze przed nami. Continue reading „Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!”