TOP 10 najdziwniejszych gadżetów dla niemowląt i ciężarnych jakie wymyślono!

Technika idzie do przodu, więc co chwilę powstają jakieś nowe udogodnienia dla ciężarnych, matek i niemowląt. Patrząc na niektóre z nich, człowiek zadaje sobie pytanie, w którym kierunku zmierza ten świat? 😀 Zebrałam dla Was 10 najgorszych, najdziwniejszych gadżetów, jakie dotychczas powstały. Nieźle się przy tym uśmiałam, mam nadzieję, że i Wam udzieli się ten nastrój! 🙂

  1. KickBee pas ciążowy . Pewnie część z Was o tym słyszała, były nawet przeprowadzane doświadczenia, które miały pokazać mężczyznom, jak to jest poczuć kopnięcia swojego dziecka,które jest jeszcze w brzuchu. Ci faceci płakali ze wzruszenia i w ogóle nie mogli się pozbierać, jak tego doświadczyli. I chyba właśnie takim Tatusiom, którzy dodatkowo mają sporą dozę cierpliwości zadedykowano ten wynalazek. Przy każdym kopnięciu dziecka, pas się „odzywa” niezmiennie tym samym zestawem słów: „Kopnąłem mamę!”. Wyobrażacie sobie co czuje otoczenie tej kobiety po kilku miesiącach? 😛
  2. Jeżdżący nocnik . Po co siedzieć bezczynnie, w czasie czynności toaletowych? Wiem, że są rodzice, którzy chcąc nakłonić dzieci do siedzenia na nocniku, włączają im telewizję, albo dają tablet, żeby choć chwilę udało im się usiedzieć. Ale teraz już nie muszą, bo do Polski również dotarł jeżdżący nocnik! Wsiada się na niego, jak na zwykły jeździk, a w trakcie okrążania domu, zawsze można się załatwić w dowolnym momencie. To chyba dla takich mniej cierpliwych dzieci, które wszystko robią w ruchu. Zastanawiam się tylko, czy to nie uzależnia i jak wytłumaczyć dziecku idącemu do przedszkola, że inne dzieci, korzystając z toalety, nie podróżują tam i z powrotem, tylko siedzą w miejscu?
  3. W Polsce mamy ciężarną Barbie, ale może kiedyś i do nas przyjdzie ta moda. Dla rodziców bardzo otwartych na nowości, zaprojektowano rodzącą lalkę, żeby wszystko po kolei dziecku wytłumaczyć, skąd to dziecko się bierze na świecie. A przy okazji… trochę przerazić, bo lalka wygląda jakby odgrywała główną rolę w horrorach!
  4. Pingwin pisuar dla chłopców do nauki sikania. Jak ktoś pogardzi jeżdżącym nocnikiem, to zawsze można wstawić do łazienki pingwina. Są też takie przenośne pingwiny, jakby dziecku się zachciało sikać np. w salonie. To wynalazek dla chłopców, którym siedzenie na nocniku nie przypasowało!
  5. Kolczyki w kształcie plemników. Podobno to w jaki sposób się ubieramy bardzo dużo mówi otoczeniu o nas samych. Może więc biżuteria z plemnikami, to dobry pomysł, żeby ogłosić reszcie świata radosną nowinę o spodziewanym potomstwie?
  6. Leżaczek z uchwytem na tablet.  Teraz noworodki również mogą być uzależnione od nowoczesnej technologi. Zupełnie tak, jak reszta świata 🙂
  7. Perfumy dla … niemowląt! W razie gdyby rodzice nie mieli ochoty wąchać małego, kochanego ciałka. Przeznaczone dla niemowląt od 1 miesiąca życia!
  8. Znacie ten stan, kiedy w trakcie przewijania, Dziecko za wszelką cenę próbuje wsadzić rączki do pampersa? Na to też ktoś znalazł rozwiązanie! Wystarczy ubrać Malucha w specjalną kurtkę i związać mu rączki. Oczami wyobraźni już widzę reakcję mojego dziecka na unieruchomione ręce i zastanawiam się, czy naprawdę są dzieci, które w takiej sytuacji będą się śmiać?
  9. Już za 74 złote możemy mieć biżuterię, która zwali z nóg tych, którzy trzymali się na nich jeszcze po kolczykach z plemnikami! Tym fantastycznym wykończeniem stylizacji jest broszka w kształcie łożyska. Nie do końca mam pomysł, gdzie i na jaką okazję można by się przystroić w taką biżuterię, ale może Wy macie jakieś pomysły?
  10. Żarłoczne dziecko, czyli kontrowersyjna lalka, która pojawiła się na rynku brytyjskim i amerykańskim, którą trzeba karmić piersią. W skład zestawu, oprócz żarłocznego dziecka, które przystawione do piersi ssie, wchodzi  specjalny biustonosz imitujący sutki. I tak oto kilkuletnie dziewczynki tez mogą karmić swoje „pociechy”. Ba! Chłopcy również…

Sama się sobie dziwię, że wśród tych dziwnych gadżetów ani słowem nie wspomniałam o tym łazienkowym wisiadle (klik), ale w sumie przyczyna jest bardzo prosta. Większość z tych wynalazków jest po prostu zabawna i w takim humorystycznym nastroju chciałam Was zostawić, po przeczytaniu tego wpisu. A wydaje mi się, że to może jednak bardziej budzić smutek, niż uśmiech na twarzach rodziców. Dlatego ja już więcej o tym nie wspominam, a Wy udajecie, że w ogóle tego nie zrobiłam. 🙂

Podzielcie się swoimi hitami i kitami gadżetowymi, jeśli chodzi o wyprawkę i akcesoria dla Niemowlaka w komentarzach!

Źródła:

https://www.buzzfeed.com/mikespohr/products-for-the-weirdest-parents-you-know?utm_term=.jekrLAyvq#.xq2AY1p02

http://www.oddee.com/item_98567.aspx

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Odstawiłam dziecko od piersi i to była najlepsza decyzja w moim życiu!

Kiedy dzisiaj ktoś pyta o to, czy żałuję tej decyzji, albo czy jest mi z tym ciężko, to z pełnym przekonaniem zaprzeczam. Choć sama właśnie tak to sobie wyobrażałam: ciągle będę wspominać ten piękny czas karmienia, a wieczorami będę pochlipywać znad butelki mleka, tęskniąc za bezpowrotnie utraconą bliskością. Ale tak nie jest. I choć wspominam i z sentymentem oglądam zdjęcia i filmiki, na których karmię piersią, to jednak nie zmienia to faktu, ze decyzji o odstawieniu nie żałuję i uważam to, za jedną z najlepszych w moim życiu. Oczywiście zaraz po decyzji o tym, że w ogóle będę karmić, choć ta przyszła mi dużo łatwiej i była czymś naturalnym.

Czas się trochę wytłumaczyć z tego co napisałam, bo ci, którzy znają mój blog nie od dziś, dobrze wiedzą, że nie raz pojawiły się tutaj wpisy promujące karmienie piersią i opisujące jego piękne strony. I w tej kwestii nic się nie zmieniło. Nadal uważam, że to piękna sprawa i nie żałuję tych wszystkich miesięcy karmienia, mimo iż w moim przypadku, było to bardzo wymagające. Mam na razie tylko jedno dziecko, więc tego cudu również doświadczyłam tylko raz i za nic nie zamieniłabym tych chwil. Ale nie zawsze było kolorowo. Choć od początku nie miałam żadnych „widocznych” problemów jak zastoje, brak mleka, albo zapalenia piersi, nie odczuwałam też żadnych bóli wynikających z karmienia, to jednak było to dla mnie wielkie wyzwanie ze względu na częstotliwość z jaką musiałam podawać dziecku pierś. Nie pamiętam już nawet kiedy to się zaczęło, ale w pewnym momencie zorientowałam się, że wieczorne karmienie przedłuża się do …rana. Każda próba odkładania do łóżeczka, kończyła się histerycznym płaczem w odstępie czasu od 1 min do około 30 min. Dla zwolenników wspólnego spania, dodam w tym miejscu, że z tym było bardzo podobnie. Po położeniu dziecka obok mnie, na łóżku, reakcja była taka sama jak w łóżeczku. Z tą tylko różnicą, że nie musiałam wstawać i przynosić Małej, tylko położyć ją na sobie. Marta chciała jeść tylko w jednej pozycji (leżąc na moim brzuchu), dodatkowo nie mogłam leżeć na płasko, tylko musiałam być w pozycji półleżącej. Ale to też nie było spanie, bo pobudki były dosłownie co chwilę, a bo wypluła pierś, a bo się zsunęła z mojego brzucha, jak zasnęła, czy coś jeszcze innego. Dziecko było ciągle rozdrażnione, mało jadło stałych pokarmów, na wadzę przybierało coraz słabiej, a o sobie już nie wspomnę, bo po ciągłych nieprzespanych nocach, nie miałam siły kompletnie na nic i rano modliłam się o nadejście wieczoru, a popołudniu ogarniał mnie już przerażający strach, że ten wieczór właśnie nadchodzi i znowu będzie to samo. Jak można się domyślić, kolejnym skutkiem takiej sytuacji był fakt, że nikt nie mógł mnie zastąpić przy dziecku. Zawsze to musiałam być ja, bo inaczej, gdy nie dostawała piersi, to wpadała w straszną histerię, a butelkę traktowała jak najgorszego wroga. Smoczka oczywiście też. Ja byłam totalnie wykończona i słaba, do tego doszły bóle kręgosłupa (od spania, a raczej przysypiania w dziwnych pozycjach) i problemy z koncentracją. Tak wyglądały moje dni i noce i na samo wspomnienie jest mi siebie żal i łza się w oku kręci, choć nie jest to bynajmniej łza wzruszenia. 

Jak to wygląda dzisiaj? Zupełnie inaczej. Marta śpi w nocy zwykle z jedną pobudką, wieczorem i rano pije mleko modyfikowane, a w nocy dostaje tylko wodę. Usypianie nie trwa już kilku godzin, ale maksymalnie 30 minut. Jest dużo mniej płaczliwa i bardziej radosna. Rano budzi się z uśmiechem a nie płaczem. To wszystko jest piękne i aż trudno uwierzyć, że w tak krótkim czasie, nastąpiło tyle zmian. Kolejną zmianą jest przytulanie. Wcześniej być może ta potrzeba bliskości zaspokajana była przez karmienie piersią. Teraz Marta sama znalazła sobie inny sposób na zaspokajanie tej potrzeby i uwielbia się przytulać!

Na koniec dodam małe wyjaśnienie, bo chyba ono jest potrzebne. Zaprzestanie karmienia piersią nie jest odpowiedzią na wszystkie problemy z dzieckiem, ani ratunkiem na nieprzespane noce. Ten wpis nie jest więc promocją odstawienia dziecka.  Po prostu w moim konkretnym przypadku, okazało się to być najlepszym rozwiązaniem, niezależnie od tego, jak zostanie to ocenione przez inne matki 🙂

Wiem, że jest cała masa kobiet, które karmią długo i nie raz spotykają się z nieprzyjemnymi reakcjami nie tylko ze strony obcych osób, ale czasem nawet i rodziny, która tego nie rozumie. Są też kobiety, które karmią mlekiem modyfikowanym i czują się terroryzowane przez inne matki, które starają się je ocenić, jako mniej wartościowe czy mniej zdolne do poświęceń. Osobiście uważam, że jedyną osobą, która wie ile i czy w ogóle powinna karmić piersią swoje dziecko jest jego matka. I nikt więcej nie powinien się na ten temat wypowiadać.

Podoba Ci się ten post? Jeśli tak, zostaw komentarz i daj mi like na fb.  To mnie bardzo motywuje i dzięki temu wiem, że to co robię MA SENS!

Jesteś mamą? Zostań managerem!

Ja wiem jak często postrzegana jest praca w domu i jak ludzie wyobrażają sobie matki spędzające cały dzień z dzieckiem. Coś ugotuje, posprząta, z dzieckiem się pobawi, a reszta dnia na facebooku. Czas dla siebie? Proszę bardzo, ile się tylko chce! Przecież nikt nie uwierzy, że ktoś ma siłę cały dzień bez żadnej przerwy spędzać z Maluchem, na układaniu klocków, robieniu głupich min, a w przerwach na odkurzaniu, gotowaniu i sprzątaniu – ale to też wspólnie. Czasem jak opowiadam komuś o tym, jak ta moja codzienność wygląda, to spotykam się z dużym niedowierzaniem. Dzisiaj pewnie, że trochę to wkurza, tak jak wkurzają ciągłe pytania o powrót do pracy. Bo dzisiaj jest taka presja, że jak ktoś nie pracuje zawodowo, a może nawet więcej: jeśli ktoś nie chodzi do pracy na 8 godzin dziennie, to już znaczy że do roboty się nie rwie i raczej takim typem „kanapowca” jest. Telewizor, kanapa, telefon w ręce, odpoczynek, może jakiś zasiłek, bo czemu by nie pobrać skoro dają, a jak dziecko się nawinie, to i można się nim chwilę zająć, jak już i tak się w tym domu siedzi. Ale żeby się rozwijać, o karierze jakiejś myśleć, książki czytać, kursy czy szkolenia robić, czy wiedzę wzbogacać to już na pewno nie. Pewnie z tym jest różnie. Mi też wszyscy mówili: „Zobaczysz, jak będziesz mieć dzieci, to już nie będziesz mieć na nic czasu”. Sama nie wiem, jakim cudem prowadzę jeszcze bloga, choć może już nie z taką częstotliwością jak kiedyś, ale jednak! I robię jeszcze masę innych rzeczy, o które nikt Matki Polki nie pyta, bo kto by tam podejrzewał, że mogłaby się jakimiś ambitnymi zajęciami trudzić. No dobra, piszę to trochę z takim przymrużeniem oka, bo wiadomo, ile ludzi, tyle opinii i nie ma co tu generalizować. Ale jedno co pewne, to to, że praca w domu, to jest naprawdę mega wyzwanie dla każdej kobiety i powinna być ona traktowana jako pełnowymiarowa i pełnoprawna praca zawodowa. I nie przypadkiem użyłam tu słowa praca!

Dlaczego praca w domu to też PRACA?

Zastanawialiście się kiedyś jak to jest, że jak ktoś pracuje zdalnie – czyli wykonuje swoją pracę z domu, to nie widzimy w tym nic dziwnego, ani też nie dewaluujemy wartości tego co robi, tylko ze względu na miejsce pracy. Dlatego można powiedzieć, że z mamami jest podobnie. Choć wykonują swoją pracę w domu, to nie oznacza to, że ich praca jest mniej wartościowa. Może jest mniej, może jest bardziej, ale to nie miejsce pracy o tym decyduje, a zaangażowanie, liczba obowiązków, ilość i charakter dzieci, warunki mieszkaniowe i mnóstwo innych czynników.

Odpowiedzialność za innych

Jak by nie patrzeć, wychowanie dzieci to ogromna odpowiedzialność. Za ich życie, zdrowie, bezpieczeństwo, rozwój, potrzeby itd. Jeśli mówi się, że po porodzie zmienia się całe życie, to dużo w tym prawdy, w takim znaczeniu, że w życiu człowiek odpowiada i dba o zaspokajanie swoich potrzeb, odpowiada za siebie samego, skupia się na swoich celach, dążeniach, wartościach. A tutaj pojawia się kolejna istota, która jeszcze tego nie potrafi i na nas spada odpowiedzialność za jej byt. To jest piękne, i jednocześnie bardzo trudne. Zauważcie, że zawody, które wymagają wzięcia odpowiedzialności za innych ludzi są wysoko płatne i bardzo poważane!

Organizacja i planowanie

Przypominam sobie spontaniczne wyjazdy  weekendowe, kiedy ktoś ze znajomych rzucił hasło „jedziemy nad jezioro?” i pół godziny później, zapakowani do samochodu, byliśmy już w drodze. A teraz wygląda to zupełnie inaczej, byle jaki wyjazd do lekarza, wymaga przygotowań, spakowania wcześniej torby, przygotowania picia i to jeszcze z zapasem, bo przecież upały są. Trzeba dopilnować, żeby pampersy zawsze były na zmianę, żeby kapelusik był na głowie, żeby pieluszkę tetrową zabrać, żeby dziecku wcześniej drzemkę urządzić itd itd… Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo przecież spraw, o których trzeba pomyśleć, które trzeba zaplanować, jest na prawdę mnóstwo. Tak jak mnóstwo jest potrzeb tego małego człowieczka, o które jeszcze on sam nie potrafi zadbać, i  trzeba to zrobić za niego 🙂 Znam dużo mam, które są wspaniałymi organizatorkami czasu, potrafią przewidywać różne sytuacje, myśleć do przodu i ciągle zaskakiwać wszechstronnym dbaniem o wszystko! Sama należę do osób, które żyły w twórczym chaosie do momentu pojawienia się dziecka i czasem nie mogę uwierzyć jak inne jest teraz moje myślenie. Spontaniczność? Tak, pewnie, ale taka wyważona i …planowana 😀

Zarządzanie ludźmi

Zarządzanie ludźmi brzmi super, to jedna z tych poważnych kompetencji, które można nie raz znaleźć na ogłoszeniach o pracę dla managerów i innych ładnie brzmiących stanowiskach pracy. Ciekawe, że w domu mamy właśnie z tym do czynienia. Zajmujemy się dziećmi, którym trzeba zorganizować cały dzień, uwzględniając czas na zabawę, posiłki i ich przygotowanie, spacer i czas spędzony na zewnątrz, drzemki, kąpiel i obowiązki. No i oczywiście w tym zarządzaniu innymi, pamiętać trzeba też o sobie, bo przecież swój dzień i swoje powinności też trzeba jakoś sensownie zaplanować. Codzienne chodzenie do pracy wyznacza rytm życia, który pozwala na oddzielenie obowiązków zawodowych od domowych, a to jest bardzo cenne i pomocne przy organizacji dnia.

Czas dla siebie

Tak na prawdę to chyba jest najtrudniejsze, bo mając dzieci jakoś tak łatwo zapomnieć o swoich potrzebach i skupić się tylko na nich. Szczególnie jeśli spędza się z nimi całą dobę. Ale tak naprawdę ten czas dla siebie, może mieć ogromny wpływ na polepszenie jakości czasu spędzanego z dziećmi. Zresztą tak jest z każdą pracą. Z tym, że ludzie na etacie, odpoczywają od niej codziennie po godzinach, w weekendy i na urlopie. A my mamy, mamy urlop tylko wtedy, kiedy same o niego zadbamy, ale może dlatego też bardziej się go docenia 😉

Jesteś SAMA swoim szefem

Jeśli pracujemy u kogoś, a nie jesteśmy na własnej działalności to w większości realizujemy czyjeś cele i założenia, a więc zadania jakie mamy do wykonania, określane są z góry i nie musimy się o nie troszczyć w zakresie ich wyznaczania, a jedynie w zakresie ich realizacji. Praca w domu jest prowadzeniem własnej firmy. Byciem swoim własnym szefem (i szefem dzieci), managerem i pracownikiem. Wyznaczamy sobie cele, planujemy realizację, rozdzielamy zadania, dbamy o satysfakcję pracowników (również siebie) i o sensowne wynagrodzenie 🙂

Wpis zrobił się długi, ale myślę, że temat ważny, więc mam nadzieję, że dotrwaliście do końca. Dajcie mi znać co o tym myślicie i czego Was nauczyło macierzyństwo? 🙂

 

Kobieta w IT – cz. II – czyli o przebranżowieniu, zdobyciu wymarzonej pracy i starcie w IT!

Dzisiejszy wpis jest kontynuacją opowieści o przebranżowieniu i starcie w IT. Pierwsza część dostępna jest tutaj, więc jeśli jeszcze jej nie czytaliście, to zachęcam żeby od tego zacząć! 🙂 Nie będę zanudzać Was przydługimi wstępami, bo zapewne każdy  z Was czeka na konkrety, więc zaczynajmy!

Rozmowa kwalifikacyjna- Jak sobie radzić z „pustym” CV?

To pytanie zadaje sobie pewnie wielu z Was. CV jest bardzo ważnym elementem w procesie rekrutacji, ponieważ to na tej podstawie jesteśmy zapraszani (lub nie!) na rozmowę kwalifikacyjną i dostajemy szansę wykazania się. Jeśli uczysz się programować, ale zupełnie sam i nie masz studiów informatycznych, żadnych certyfikatów, kursów, szkoleń itp. to też musisz dać okazję potencjalnemu pracodawcy do tego, żeby poświęcił czas na skontaktowanie się z Tobą i sprawdzenie, co faktycznie potrafisz. Jak sobie z tym poradzić? Napisz w CV o tym, co udało ci się dotychczas zrobić, np o aplikacji jaką samodzielnie napisałeś, albo projekcie, w którym uczestniczyłeś. Pisałam ostatnio o tym, że warto w ramach nauki, pisać jakąś prostą aplikację i stopniowo ją rozwijać. Taki wpis w CV daje rekrutującemu informację, że nie jesteś zupełnie zielony, i choć z dużym prawdopodobieństwem nie będzie zainteresowany „przeklikiwaniem” Twojego projektu, to z pewnością zwróci na to uwagę i na tym oprze część rozmowy kwalifikacyjnej. Może zapytać o wybór języka programowania, wykorzystane technologie, bazę danych, zastosowane metody, wzorce projektowe i wiele innych rzeczy. W czasie takiej rozmowy można się bardzo dużo dowiedzieć o tym, czy ktoś faktycznie „ogarnia” i czy choć trochę ma pojęcie o programowaniu, czy też linijka po linijce z niezwykłą dokładnością, przepisał podręcznikowe ćwiczenia, uparcie stroniąc od wiedzy i możliwości rozwoju.

Jak to było u mnie? W ramach pracy magisterskiej napisałam program, służący do wyceny nieruchomości przy pomocy 3 różnych metod. Zajęło mi to właściwie cały rok, bo kiedy zaczynałam to robić, dopiero powoli dowiadywałam się czym jest programowanie obiektowe, więc właściwie większość czasu poświęcałam na czytanie i szukanie rozwiązań, a nie na samo programowanie. Ostatecznie właśnie o tym projekcie wspomniałam w CV i krótko opisałam wykorzystane technologie. Był to główny przedmiot zainteresowania na mojej pierwszej (i ostatniej) rozmowie kwalifikacyjnej z „pustym” CV. Każda kolejna była już prostsza, ponieważ mogłam opowiadać na nich o swoim dotychczasowym doświadczeniu w IT.

Od jakiej pracy zacząć?

Od 5 roku studiów geodezyjnych wiedziałam, że chciałabym programować. I cały czas szłam w tym kierunku, bo tym własnie wypełniałam wszystkie swoje wolne chwile. Ale droga do tego celu wiodła mnie również przez inne stanowisko. Początkowo dostałam pracę jako serwisant IT w firmie informatycznej. Nauczyłam się tam przede wszystkim obycia z komputerem i praktycznej pracy z bazami danych, która okazała się mi bardzo pomóc na kolejnym stanowisku. Dzięki temu mój start w IT był „łagodny”, stopniowy i nie przeżyłam dużego skoku na głęboką wodę. Na czym polega praca serwisanta? Pewnie zależy to od firmy, w której przychodzi nam pracować. Moje doświadczenie jest takie, że codziennie przez 8 godzin przyjmowałam zgłoszenia klientów (telefoniczne, lub mailowe), następnie (gdy udało mi się wyciągnąć od rozmówcy sedno problemu), umieszczałam treść zgłoszenia na Mantisie. W międzyczasie te zgłoszenia trzeba było rozwiązywać. Serwisowałam w przeważającej większości aplikację mojej firmy, ale oczywiście nie tylko! Zdarzyło mi się naprawiać problemy z drukarką fiskalną, czy z zawirusowanym komputerem. Czasem trzeba było naprawić komuś zwykłą drukarkę, a czasem zainstalować Windowsa na serwerze. Ale jednak najczęściej pisałam zapytania w bazie danych (u klienta).

Jak wrócić po długiej przerwie?

W podobnej sytuacji są osoby, które mają dłuższą przerwę w pracy w zawodzie, czyli np mamy, przebywające na urlopach macierzyńskich. Z programowaniem jest tak, że jeśli nie idziesz na przód, cofasz się. Cały czas trzeba się douczać. Technologie ewoluują, idą do przodu i jeśli nie idziesz wraz z nimi, to możesz zapomnieć o świetlanej programistycznej przyszłości finansowej i pogodzić się z tym, że i w tym zawodzie ten, kto niewiele umie, nie wiele też zarabia. Sama aktualnie nie pracuję zawodowo, bo zajmuję się dzieckiem, jednak nie zarzuciłam nauki programowania na ten czas. Stosuję najlepszą (moim zdaniem) metodę, czyli praktyka, praktyka, i jeszcze raz praktyka! Ale nie będę za dużo opowiadać o tym co robię, po prostu zaglądnijcie na stronę: www.bestwebby.com . To takie „moje dziecko”, czyli portal, którego jestem współautorem. Chcieliśmy stworzyć aplikację, będącą zbiorem najlepszych portali internetowych, umożliwiającą wyszukiwanie po kategoriach (oraz innych kryteriach), a także ocenianie i komentowanie portali. Choć Bestwebby ciągle jest rozwijane (w ten sposób też się uczę!), to już dziś postanowiłam się z Wami podzielić tym projektem. Dotychczas mamy 4 wersje językowe strony (polska, angielska, niemiecka i hiszpańska). Aplikacja napisana jest w bootstrapie, dzięki czemu można z powodzeniem korzystać z niej również w telefonie, czy tablecie. W naszej bazie danych mamy już ponad 100 tys portali i na bieżąco ją uzupełniamy! Jeśli masz stronę internetową, lub po prostu chcesz podzielić się swoimi ulubionymi stronami, dodaj je do Bestwebby! A jeśli chcecie po prostu docenić moją pracę, a ten projekt Wam się podoba, to zapraszam do polubienia nas na Fb!

Jak dobrze wypaść na rozmowie kwalifikacyjnej?

Skoro już zostaniemy zaproszeni na spotkanie kwalifikacyjne, to dobrze by było wypaść na nim jak najlepiej. Pamiętam, że na swojej rozmowie powiedziałam przyszłemu szefowi, że moją mocną stroną w tym momencie nie jest to, ile umiem, ale to, jak szybko się uczę i chyba go nie okłamałam, bo gdy odchodziłam z pracy, przypomniał mi te słowa i potwierdził z pełnym przekonaniem. Chodzi o podejście do pracy i choć o tym, jaka jest prawda szef przekona się dopiero jakiś czas po podjęciu z tobą współpracy, to jednak warto już w trakcie pierwszego spotkania, pokazać, że nie boisz się wyzwań i potrafisz rozwiązywać problemy.  I nie, nie uważam, że na rozmowie trzeba „grać” pewnego siebie, nawet jak w środku się telepiesz. Trzeba zmienić nastawienie i przyzwyczaić się do sytuacji, że czegoś nie wiesz, że nie rozumiesz, albo, że czegoś nie ogarniasz. Nowa praca, nowy zawód i czasem też zupełnie inny specjalistyczny, techniczny język – jeśli Cię to przeraża, to prędzej czy później ta sytuacja cię przerośnie. Musisz się przyzwyczaić do sytuacji, w której ciągle czegoś nie wiesz i dać sobie do tego prawo. W dobrym zespole i ambitnej pracy jeszcze przez jakiś czas tak będzie. Ale właśnie to daje Ci ogromne perspektywy rozwoju, więc jeśli tak się czujesz, to dobrze trafiłeś!

Jak dobrze wystartować w IT?

No właśnie – przychodzi nowa osoba do zespołu. I co robi? Otóż są dwa typy ludzi i pozwólcie, że podzielę się moją osobista refleksją – choć może nie taką znowu osobistą, bo jest ona poparta nie tylko moimi doświadczeniami, ale i rozmowami z innymi informatykami.

Pierwszy typ to Zosia Samosia. To osoba, która w życiu stawia na samodzielność. Nigdy nie poprosi o radę, nigdy nie podpyta o rozwiązanie, ani nawet podpowiedź. Jak czegoś nie wie, to udaje, że wie, żeby potem nadrobić to w zacisznej atmosferze swojego informatycznego kącika. Nie ma żadnych granic i potrafi tygodniami siedzieć nad jednym zagadnieniem, żeby dojść do rozwiązania samodzielnie.  

Drugi typ to Pytek. Pytek to przeciwieństwo Zosi Samosi. Ten z kolei nic nie wie i niczego nie jest pewien. Gdy dostanie zadanie, to zanim jeszcze zdąży go przeczytać, leci zapytać kolegi, o co chodzi. Ale nie tylko jednego. Chodzi po wszystkich w zespole i dopytuje. Każdemu przerywa pracę, w efekcie czego większość dnia poświęca na przeszkadzanie innym. Nie traci czasu na zaglądnięcie do googli, czy na „Stack’a„. Całą swoją pracę opiera na tym, co wyciągnie od innych. Każdy średnik zweryfikuje najpierw ze wszystkimi w zespole, zanim „zakomituje” zmiany. 

Jak się można domyślić, żaden z tych typów nie jest pożądany z punktu widzenia pracodawcy. Zosia Samosia marnuje jego pieniądze na nadmiarowe godziny spędzone na rozkminianiu rzeczy, które ktoś mógł wytłumaczyć jej w 5 minut. Z kolei Pytek marnuje jego pieniądze, kradnąc czas innych członków zespołu, który mogliby poświęcić na swoją pracę, sam pracując przy tym wyłącznie odtwórczo. Dobry pracownik charakteryzuje się równowagą między tymi dwoma skrajnościami: najpierw sam analizuje problem, poświęca chwilę na zastanowienie, szuka rozwiązań, przegrzebuje stacka i próbuje zrobić zadanie. Dopiero gdy utknie w martwym punkcie, to startuje do kogoś po pomoc.

Czy kobietom w IT jest trudniej?

Kiedyś był taki stereotyp, że kobieta informatyk istnieje, ale tylko w dowcipach (i to słabych), a w życiu, jeśli się już zdarzy, to jest jednym wielkim pośmiewiskiem, na widok którego chowasz ręce w twarz i sam nie wiesz, czy śmiać się, czy płakać. W dzisiejszych czasach kobiet w IT jest naprawdę sporo, ale zawód programisty jest wciąż jeszcze zdominowany przez mężczyzn. Mimo to kobiety chcą iść w tym kierunku i coraz więcej z nich ma odwagę przełamywać te schematy, co jest oczywiście super, jeśli idzie to  w parze z predyspozycjami i konkretnymi umiejętnościami (choć kryterium to tyczyć się powinno także mężczyzn). Czy przez stereotypy, które wciąż są obecne w społeczeństwie, kobietom jest trudniej?

Kiedy zaczynałam pierwszą pracę w IT (jako serwisant), to bardzo często spotykałam się z reakcjami klientów w stylu:

  • „Prosiłem, żeby mnie połączono na serwis”
  • „Tak, jest Pan na serwisie!”
  • (chwila ciszy) „A to mogę rozmawiać z jakimś serwisantem?”
  • „Tak, przy telefonie, proszę mówić”
  • „A…. aha. A mogę z jakimś serwisantem … FACETEM?”

Część klientów w ogóle nie decydowała się na rozmowę ze mną, właśnie dlatego, że jestem kobietą. Więc potwierdzam, że start faktycznie jest trudniejszy, bo jak kobieta odbiera słuchawkę na serwisie, to większość osób przeklina, że znowu coś ich przełączyło do sekretariatu. Osobiście nigdy nie brałam tego do siebie. I tak miałam tyle pracy, że nie miałam czasu jeszcze zabiegać o względy tych upartych klientów. Dopiero X szybko i satysfakcjonująco rozwiązanych zgłoszeń sprawiło, że przekonałam do siebie początkowo upartych niedowiarków, a okazji do tego miałam wiele, bo zdarzało się że na serwisie byłam sama i z braku laku musieli korzystać z moich usług. Gdy odchodziłam z pracy, wielu z nich chciało już rozmawiać tylko ze mną. Nie mówię tego, żeby się pochwalić (to też, wiadomo!), ale po to, żeby Wam uświadomić, że jeśli ktoś jest dobry w tym co robi, to to wyjdzie – nawet pomimo początkowych uprzedzeń. W kolejnej pracy – jako programistka, nie spotkałam się już z takim podejściem. Wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że w pewien sposób miałam przez to łatwiej, a przynajmniej taka jest opinia moich współpracowników, bo podobno nie zdarzyło się by ktoś na spotkaniach porannych zbierał pochwały za swoją pracę, a mi się to przytrafiło nie raz. Więc może to faktycznie bonus za bycie kobietą i za te wszystkie niesprawiedliwe stereotypy, które musimy dźwigać? 🙂

Znowu się strasznie rozpisałam, ale to temat, którym żyję i mogłabym o nim pisać bez końca… Jeśli macie jakieś jeszcze pytania, to czekam na nie w komentarzach, być może za jakiś czas zrobimy trzecią część 🙂

 

Szczerze o tym, jak to jest być blogerem, czy warto i URODZINOWY KONKURS!

Minął dokładnie rok od kiedy założyłam tego bloga, a właściwie od kiedy pojawiła się tutaj pierwsza notka (no może nie zupełnie TUTAJ, bo domenę mamazpowolania.pl mam dopiero od lipca, kiedy to moje marzenia o blogowaniu okazały się być bardziej realnym planem, niż tylko odruchem słomianego zapału 😉 ) Przez ten czas dużo się zmieniło, ja również się zmieniłam, a ten blog cały czas mi w tym towarzyszył. Z tej okazji, postanowiłam napisać szczerze o tym, jak wygląda prowadzenie bloga, po co to robię, co z tego mam, ile zajmuje mi to czasu i czy warto się tym zajmować. Czasem znajomi pytają mnie o to, a czasem dostaje wiadomości od obcych mi osób (choć pewnie nie tak zupełnie obcych, bo takich, które tu zaglądają i trochę mnie już znają), więc postanowiłam, że wykorzystam tę okazję, żeby trochę na ten temat opowiedzieć. Wiem, że wpis będzie trochę długawy, ale wybaczcie, myślę, że z okazji urodzin bloga, mogę sobie na to pozwolić, żeby podzielić się czymś więcej, szczególnie, że dotychczas nie było tutaj jeszcze żadnej notki w tym stylu, a następna pewnie trafi się za… kolejny rok 😉DSC_4269

Moje początki i pierwsza zasada blogowania

Założyć bloga chciałam już dawno, ale… zawsze kończyło się na tym, że wymyślałam nazwę, albo utknęłam na ustawieniach witryny. Chyba raz udało mi się nawet napisać notkę na powitanie, ale okazało się, że nikt tam nawet nie zaglądnął, więc się zniechęciłam. Źródła tego zniechęcenia, to dla jednych oczywiste, a dla innych zupełnie nowe fakty, czyli pierwsza zasada blogowania: Nie wystarczy fajnie pisać, żeby ludzie to czytali. Nie, nie wystarczy! Nawet jeśli masz super styl, ludzie uwielbiają cię słuchać/ czytać, to jeszcze nie oznacza, że twój blog odniesie sukces. Sukces bloga zależy od wielu czynników, które na dodatek muszą zaistnieć równocześnie, żeby faktycznie zrealizować ten cel. Teraz już doskonale to wiem.

Blog pisze się dla innych- nie dla siebie

Umówmy się: nikt z nas nie pisze bloga dla siebie. Gdybym pisała to tylko dla siebie, to nie dodawałabym ładnych zdjęć, nie rozkminiałabym tagów każdej notki, które pozwolą wam znaleźć ją w sieci, a przede wszystkim: nie promowałabym bloga np. prowadząc funpage! Robię to wszystko po to, żeby docierać do ludzi. Dlatego jestem wdzięczna, za każde udostępnienie moich wpisów, za lajk, czy komentarz. Czasem spotykam się z tym, że ktoś pisze mi prywatną wiadomość, że temat, o jakim napisałam jest mu bliski, albo dziękuje za coś, co napisałam. Chcę przede wszystkim powiedzieć, że jest to bardzo, bardzo miłe, ale zawsze żałuję, że nie zostało to napisane pod konkretnym wpisem, bo oprócz tego, że jest to miłe, pomaga mi to wtedy zwiększyć zasięg, a na tym zależy każdemu Blogerowi. DSC_4265

Co z tego mam, czyli czy na blogowaniu da się zarobić?

Tutaj oczywiście dochodzimy do kolejnego punktu- chyba tego, który najbardziej interesuje każdego, kto myśli o rozpoczęciu takiej działalności, czyli pytanie o to, co z tego mam. Póki co, mogłabym powiedzieć, że nic, ponieważ blog nie przynosi mi żadnych regularnych zarobków. Oczywiście, po jakimś czasie, zaczęłam dostawać różne propozycje, ale szczerze mówiąc, było ich raptem kilka, a i tak z połowy nie skorzystałam. Ostatnio np. odmówiłam współpracy, mimo wcześniejszego zainteresowania nią, ponieważ zaproponowano mi reklamę, w formie dla mnie nie do zaakceptowania. Nie lubię chamskich i nachalnych reklam, więc takich na moim blogu nie będzie, niezależnie od tego, czy mam tu teraz 750 followersów, czy będzie ich kilka tysięcy (może kiedyś będzie :)) To tylko jedna strona medalu – druga jest taka, że naprawdę szanuję swoich czytelników i nie chce im wciskać kitu. Uważam zresztą, że taka postawa popłaca (nie tylko w blogowaniu :D). Dziś już mogłabym mieć pewnie jakieś korzyści z kilku sponsorowanych wpisów, ale pewnie ludzie zniechęceni taką postawą, zaglądnęliby tu raz i więcej by nie wrócili. Dlatego wolę postawić na lojalność- wobec siebie i czytelników. Jeśli kiedyś na tym blogu znajdziecie reklamę jakiegoś produktu, to tylko takiego, którego sama używam i mogę polecić z czystym sumieniem!

DSC_4255

Mam też świadomość, że mój blog nie jest standardowy, ponieważ mimo, iż mieści się w kategorii parentingowej, to jednak nie znajdziecie tutaj zdjęć mojego dziecka (no, może jedno jest i nie jest to przypadek 🙂 ), ani za wielu moich zdjęć. Jest ich tyle, żebyście wiedzieli jak wyglądam, ale to nie one są treścią tego bloga i nigdy nimi nie będą. Wiem, że w ten sposób można znacznie zwiększyć swoje grono odbiorców, ale … szczerze mówiąc, nie mam czasu na robienie zdjęć do każdego wpisu i wolę jednak skupić się na treści, nawet jeśli forma również mogłaby wiele wnieść.

Co już udało mi się zrobić?

Krótkie podsumowanie tego, co udało mi się już zrobić przez ten pierwszy rok- chyba bardziej dla mnie, niż dla Was, ale być może kogoś zainteresuje, ile pracy włożyłam w tego bloga 🙂

  • Założyłam domenę „Mamazpowolania.pl
  • Napisałam 59 wpisów (dzisiejszy jest 60! )
  • Mam już 760 followersów na facebooku!
  • Mojego bloga odwiedziło prawie 90 000 osób!
  • Założyłam kanał na Youtubie i nagrałam 3 filmy (będę to kontynuować w nowej formule! J )

 

I oczywiście mam też już plany na to, co przede mną, czyli na najbliższy rok i mam nadzieję, że będę miała czym się pochwalić w maju przyszłego roku.

Jak wygląda codzienna praca blogera?

Tymczasem jeszcze kilka słów o tym jak wygląda blogowanie na co dzień. Otóż nie kończy się to na wrzuceniu notki raz na jakiś czas. Przede wszystkim liczy się regularność. Jeśli nic nie pojawia się na blogu przez dłuższy okres czasu, to z mniejszym lub większym prawdopodobieństwem umrze on śmiercią naturalną. To kolejna ważna zasada blogowania. Od bloga nie ma urlopu ani L4!

Oprócz tego, ważne jest prowadzenie funpage, bo to zwykle w ten sposób ludzie dowiadują się o istnieniu bloga, a potem o pojawiających się na nim wpisach. Trzeba popracować nad wyglądem swojej witryny, żeby wyglądała ona estetycznie i żeby zachęcała do ponownych wizyt. Poza tym ważne są zdjęcia, nawet jeśli nie robimy ich sami, to trzeba trochę pogrzebać w Internecie żeby znaleźć takie, jakie nam odpowiadają. To wszystko zajmuje więc sporo czasu. Ile konkretnie? To zależy jak dużo chcemy robić i na jakim poziomie. Wiem, że można napisać notkę w 15 minut i wrzucić ją na bloga, ale osobiście nigdy tak nie robię. Zawsze staram się wcześniej ułożyć w głowie to, co mam do powiedzenia i nie wrzucać pojedynczych myśli, tylko rzeczowy i sensowny artykuł, z którego będzie się dało coś wyciągnąć dla siebie (mam nadzieję 🙂 ). Trwa to oczywiście znacznie dłużej, bo jest to zwykle kilka godzin pracy, ale tutaj znowu chodzi o szacunek do czytelników, a nie tylko o zwabienie ich „klikanym” tytułem, niewiele mającym wspólnego z treścią artykułu…

Na marginesie muszę dodać, że większość moich artykułów kieruję do mam i przyszłych mam, w związku z czym zwracam się w nich do kobiet. I w tym miejscu, przepraszam WSZYSTKICH panów, bo wiem, że i oni tu czasem zaglądają! Mam nadzieję, że wybaczycie mi to perfidne i notoryczne pomijanie Waszej obecności! Obiecuję w tej kwestii poprawę, a jeśli się zaniedbam, to śmiało zwracajcie mi uwagę! 🙂

Czy w takim razie w ogóle warto się tym zająć?

Obiecałam jeszcze napisać, czy warto się zajmować blogowaniem i odpowiedź na to pytanie, zostawiłam sobie na koniec. Otóż uważam, że jeśli ktoś chce to zrobić, bo myśli, że to łatwy sposób na zarobek, to zdecydowanie NIE. Ani to łatwe, ani też nie ma żadnej gwarancji, że uda się osiągnąć sukces. Kluczowe jest też to nastawienie, bo jeśli nie ma w tym pasji, to myślę, że nikt długo miejsca nie zagrzeje na takim blogu. Ludzie nie są głupi i wyczują każdy fałsz, więc warto być z nimi szczerym. I oczywiście ze sobą. Jeśli chcesz to naprawdę robić, to zacznij to robić. Myślę, że warto!

DSC_4257

Celem tego artykułu było przybliżenie Wam trochę mojej osoby i pracy blogera. Mam nadzieję, że Wam się przyda! A na koniec, przygotowałam urodzinowy konkurs, w którym możecie wygrać pierwsze gadżety z Mamy z Powołania! Zapraszam Was do wzięcia w nim udziału – szczegóły poniżej! 🙂

 

UWAGA KONKURS URODZINOWY !!!

Do wygrania 3 bawełniane torby na zakupy z Mamą z Powołania!

Wystarczy, że odpowiesz na pytanie (odpowiedzi udziel koniecznie w komentarzu pod wpisem, a nie na fb!):

„CO NAJBARDZIEJ ZASKOCZYŁO CIĘ W MACIERZYŃSTWIE?”

A przy okazji będzie miło, jeśli polubisz funpage Mamazpowolania oraz TEN wpis na fb! 

 

REGULAMIN KONKURSU:

  1. Jedna osoba może wziąć udział w konkursie jeden raz.
  2. Użytkownik biorący udział w konkursie musi być autorem zgłaszanego tekstu do konkursu.
  3. W konkursie biorą udział komentarze zamieszczone pod tym wpisem na blogu w dniach od 24 maja do 2 czerwca 2017 roku.
  4. Ogłoszenie zwycięzcy nastąpi najpóźniej do dnia 4 czerwca 2017 roku.

POWODZENIA!!!

 

WYNIKI KONKURSU link

Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?

Sytuacja wydarzyła się w jednej z krakowskich galerii, ale właściwie mogłaby wydarzyć się wszędzie i tak pewnie na co dzień się dzieje. Ale ja pierwszy raz widziałam coś takiego, a przynajmniej na taką skalę. Robiąc zakupy w Auchan, minęłam młodą kobietę, która w ręce trzymała telefon i wydawała się być bardzo zaangażowana w prowadzoną przez niego rozmowę o sobotniej imprezie i opowieścią o tym, jak się po niej czuła. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chwilę później dostrzegłam, biegnącą za nią, małą dziewczynkę. Miała może 3-4 lata. Continue reading „Matka z telefonem, czyli jak uciekać od dziecka?”

Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!

Będąc w przychodni, z dwumiesięczną Martą w chuście, chodziłam sobie wzdłuż korytarza tam i z powrotem i czytałam jej na głos opisy zdjęć, wiszących na ścianach. Czasem komentowałam też to, co było na zdjęciach. Kolejka była długa. Tłumaczyłam Dziecku, że musimy poczekać na swoją kolej, i że za każdym razem jak ktoś wchodził do gabinetu, mówiłam ile osób jeszcze przed nami. Continue reading „Nie wstyd ci, kobieto, robić takie rzeczy?!”

Moja ostatnia wizyta u pediatry- mądrości o rozszerzaniu diety i szczepieniach, które zwalają z nóg.

Zastanawiałam się czy o tym pisać, bo nie do końca wiedziałam jak ugryźć temat. Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, co mnie ostatnio spotkało, gdy wybrałam się do lekarza z dzieckiem.  Pediatra już wcześniej wzbudziła moje wątpliwości, co najmniej kilkoma rzeczami, ale postanowiłam dać jej jeszcze szansę. Być może brzmi to teraz jakbym właśnie wyłoniła się z tłumu matek, które wiedzą najlepiej i dla których lekarz nie jest żadnym autorytetem, bo przecież w internecie wyczytały, że jest inaczej. A jednak tak nie jest, bo muszę przyznać, że zawsze ceniłam sobie lekarzy i ich wiedzę i nadal ją cenię, choć oczywiście lekarz to też człowiek, więc dla mnie podstawą jest zaufanie, jakim muszę darzyć tą osobę. Czasem wychodzi to bardzo naturalnie, jak np. było z lekarzem prowadzącym moją ciążę – trafiłam do pani doktor przypadkiem i już zostałam bo okazała się być bardzo profesjonalna, a poza tym otwarta na zadawanie pytań, co w pierwszej ciąży było kluczowe. Niestety nie zawsze tak jest…

Lekarza dla Marty nie wybierałam specjalnie, po prostu zapisałam ją do swojej przychodni ( z której ja byłam zadowolona), a o wybór lekarza nikt mnie nie pytał – po prostu udałam się do pani doktor, która akurat miała dostępny pasujący mi termin. I chyba to był błąd. Pierwsza wizyta odbyła się 2 tygodnie po porodzie. Pani doktor była zdziwiona, że przychodzimy i powiedziała, że nie ma takiej konieczności i w ogóle nie wie po co w szpitalach dają takie zalecenie. Ogólnie wizyta pod znakiem narzekania: książeczki zdrowia robią złe (bo mało miejsca, żeby coś wpisać), karty ze szczepienia jeszcze nie ma – to źle, a do tego w szpitalu zlecili badania, a ona uważa, że to za wcześnie (mówiła pisząc skierowanie).

Kolejna wizyta upłynęła pod hasłem: „Nie mam czasu”. To był dzień szczepienia, więc miałam kilka pytań z tym związanych. Pani doktor kilkakrotnie powtórzyła, że ona ma też innych pacjentów i NIE MA CZASU na dyskusję na temat szczepień. Dodam może jeszcze tylko, że o dyskusji nie było nawet mowy, chodziło tylko o uzyskanie odpowiedzi na pytanie o to, co zrobić jak szczepienie 5 w 1 będzie wycofane, skoro powinno się kontynuować tą samą szczepionką. Odpowiedzi oczywiście nie otrzymaliśmy. Chociaż nie! Odpowiedź brzmiała: „Przecież ja mówiłam Państwu, że planują wycofać, więc powinni się Państwo na to przygotować”. Zapomniała tylko dodać, jak. No cóż. Już wtedy byłam bardzo zdziwiona taką postawą, ale starałam się to zrozumieć, bo faktycznie za nami w kolejce do gabinetu stała już kolejna para z dzieckiem.

Po upływie dwóch miesięcy, znów zjawiliśmy się u Pani doktor. Tym razem postawiła duży nacisk na konieczność rozszerzania diety, bo już jest najwyższa pora (Marta skończyła dopiero 4 miesiące). Wręczyła nam kilka ulotek z różnych firm produkujących jedzenie dla niemowląt i rozszerzanie diety uzasadniła tym, że im więcej smaków dziecko pozna między 4-6 miesiącem, tym lepiej będzie później jadło. Ponadto usłyszałam od niej, że przecież z dnia na dzień mogę stracić pokarm, więc lepiej żeby dziecko miało jakąś alternatywę i mogło wtedy zjeść co innego. Po tych słowach wycofałam się z rozmowy ( a przepraszam, na rozmowę czasu nie było! To tylko monolog lekarki, którego jak uczniowie w szkole mieliśmy wysłuchać. Czasu na pytania słuchaczy- brak).  Powiedzieliśmy, że z rozszerzaniem diety planowaliśmy poczekać do 6 miesiąca, co pani doktor skomentowała milczeniem i zanotowała w karcie, że jesteśmy niechętni na rozszerzanie diety, mimo jej tłumaczeń ( o czym dowiedziałam się później :))

Hitem była jednak moja ostatnie wizyta. Ostatnia – dosłownie, ponieważ więcej się tam nie wybieram. Najpierw niepytana powiedziałam, że po ostatnim szczepieniu u mojego dziecka wystąpiła bezsenność. Początkowo zostałam wyśmiana, że łączę to ze szczepieniem, a potem potraktowano mnie prychnięciem, gdy powiedziałam, ze dziecko nie mogło przespać ciągiem więcej niż pół godziny, bo się wybudzało. I to by było na tyle rozmowy na ten temat. Gdy powiedziałam, że nie chcę łączyć szczepień, lekarka uśmiechnęła się z politowaniem i powiedziała, że można łączyć wszystkie szczepienie na raz i nie ma w tym żadnego problemu. I po chwili zapytała zniecierpliwiona: „To co mam tutaj wpisać (w karcie szczepień)? Bo mi jest wszystko jedno!” Potem na informację, że dziecko nie je za wiele, zareagowała bardzo agresywnie, mówiąc, że od tego są rodzice, że nikt za mnie dziecka karmić nie będzie. Dowiedziałam się, że żadne dziecko nie będzie jadło chętnie i trzeba go do tego zmusić na początku, dlatego do karmienia potrzebne są zawsze 2 dorosłe osoby (aż się bałam spytać, co te dorosłe osoby mają robić dziecku). Co mi pozostało? No tylko poinformować męża, ze musi się zwolnić z pracy, żebyśmy mogli karmić dziecko codziennie we dwójkę. 🙂 Postanowiłam się już nie odzywać i zmienić lekarza.

I wam też to polecam, jeśli trafiliście podobnie. Dobry pediatra to podstawa i nie ma chyba sensu oddawać swojego dziecka w ręce kogoś, do kogo kompletnie nie macie zaufania. Koniecznie dajcie znać, czy mieliście podobne doświadczenia!

Czym się sugerować, przy podjęciu decyzji o szczepieniu dzieci?

Szczepienia to temat, który zawsze wywołuje sporo emocji – niezależnie od sytuacji i właściwie w każdym gronie, w którym zostanie podjęty, znajdą się tacy, którzy są gotowy wyrazić swoje zdanie z niewzruszoną pewnością wyrokując na temat tego, czy należy szczepić dzieci. Swoją drogą jest to chyba największe wyzwanie i najtrudniejsza decyzja, jaką muszą podjąć młodzi rodzice, po narodzinach dziecka. Choć podjąć muszą właściwie już wcześniej, bo pierwsze szczepienia w Polsce mają miejsce w drugiej dobie po porodzie. Continue reading „Czym się sugerować, przy podjęciu decyzji o szczepieniu dzieci?”

5 rzeczy, za które kocham Karmienie Piersią!

Przypominam sobie początki mojego karmienia piersią – jeszcze w szpitalu. Intuicyjnie nie chciałam podawać dziecku butelki, choć położne sugerowały, żeby to zrobić, bo Mała miała żółtaczkę i ciągle spała. Teraz chce mi się śmiać z tego jak wyglądała moja determinacja, gdy po porodzie molestowałam położne, żeby mi pomagały, jak nie radziłam sobie z dobudzaniem dziecka na karmienie. Continue reading „5 rzeczy, za które kocham Karmienie Piersią!”