Nie bije dziecka, ale to nie wystarczy…

Ostatnio dużo się słyszy o akcji „Kocham, nie biję”. Pewnie też wpadła Wam w oczy – w internecie czy w telewizji, czy nawet na bilbordach w mieście. Inicjatywa na pewno jest ważna i dobra, całym sercem ją popieram, i to właśnie ona skłoniła mnie do pewnych refleksji nad wychowaniem. Choć może nawet nie tyle sama akcja, co jej zestawienie z filmem „Siedem uczuć”, na który ostatnio wybrałam się do kina. Być może już go widzieliście, a jeśli nie, to naprawdę polecam. Pewne rzeczy przerysowane, dla mnie miejscami zbyt dosłownie przedstawione, ale ogólnie przekaz jest genialny, szczególnie dla wszystkich osób, które mają własne dzieci, lub planują je mieć.

Nie chcę spojlerować, ale troszkę muszę, więc jak ktoś bardzo tego nie lubi, to zachęcam do przeskoczenia do następnego akapitu 🙂 W filmie przedstawione są dzieci pochodzące z różnych rodzin, gdzie stosowane są odmienne sposoby wychowawcze, a jednak wszystko to ma jakiś swój wspólny mianownik. Są nim dzieciaki, które tracą sens życia i tak naprawdę każde z nich robi to z powodu braku miłości. I to wychowanie poprzez przemoc – czyli bicie, jest okrutne i straszne, a jednak nie ono jedno odciska takie piętno na psychice. Inny rodzic wychowywał dziecko, próbując leczyć własne kompleksy i realizować niespełnione ambicje,  jednocześnie stawiając przed nim wymagania niemożliwe do osiągnięcia. Kolejni nie poświęcali czasu na zajmowanie się dzieckiem, bo byli zbyt zajęci swoimi sprawami (i jest coś w tym faktycznie, że czasem mamy przekonanie, że małe dziecko potrzebuje opieki bezwzględnie, a taki nastolatek to  sobie jakoś „poradzi”). Byli też tacy, którzy obarczali dziecko za dużą odpowiedzialnością, której ono nie potrafiło udźwignąć. Wcale nie dlatego, że było za głupie, albo nierozsądne. Tylko dlatego, że było dzieckiem…

Wątków w filmie jest sporo, nie chcę wszystkich zdradzać, ale moja refleksja przy kolejnym zobaczeniu bilbordu z napisem: „Kocham, nie biję!” była taka: „Tak, ale to nie wystarczy”. Przypominają mi się studenckie czasy i hasło powtarzane przez profesorów: „To jest warunek konieczny (do zaliczenia), ale niewystarczający”. I chyba tak jest z tą przemocą. Nie można jej stosować, ale to nie wystarczy, żeby zdać egzamin z rodzicielstwa. Mówię to w cudzysłowie, bo oczywiście, życie to nie test i nie wystarczy udzielić dobrych odpowiedzi, ale chcę zwrócić uwagę, na to, że jest na prawdę dużo dróg, które mogą powodować, że skrzywdzimy dziecko swoim zachowaniem.

Widzieliście film „Siedem uczuć”? Co najbardziej zapadło Wam w pamięć? Czekam na Wasze komentarze 😉