Życzliwe porady, które robią z ciebie złą Matkę

Wielu ludziom wydaje się, że dziecko jest sprawą ogółu społecznego. Od momentu narodzin… a nie! właściwie od momentu poczęcia ludzie interesują się tobą i twoim dzieckiem, obdarzając je należytą troską. Kto przeżył ciążę i nie usłyszał choć raz uwag o tym, co ma jeść, pić, czego nie robić?- ręka w górę! Z uśmiechem na ustach wspominam te mniej lub bardziej życzliwe porady, które wtedy często brałam sobie do serca w trosce o Maleństwo. Teraz pewnie mądrzejsza o swoje doświadczenia, wiem, że słuchać trzeba przede wszystkim siebie, a rady innych brać z przymrużeniem oka.

Gdy dziecko przychodzi na świat, liczba nieproszonych doradców  wcale nie maleje. Najbardziej bawią mnie uwagi tych, którzy wcale dzieci nie mają. A i ci którzy je mają, nie znają mojego dziecka nawet w połowie tak jak ja, ale i tak wiedzą lepiej, jak trzeba je wychować. Teraz już zdecydowanie jest sezon na: „Dzidziusiowi jest zimno”. Obca pani na ulicy, doskonale wie, że mojemu dziecku jest zimno w nóżki, więc czemu by nie ogłosić tego wszystkim ludziom na parkingu. Oczywiście wszystko w ramach społecznej troski o dobro dziecka. Zirytowana rzucam tylko: „jest jej ciepło” i idę dalej, a z za pleców już słyszę inną kobietę, która dodaje do dyskusji też swoje 3 grosze. Ta stanęła w mojej obronie, tłumacząc, że dziecko dopiero co wysiadło z samochodu i matka tylko niesie je do przychodni, więc przez 200 metrów nie zamarznie. I tak oto ja – nieco zażenowana , wycofałam się z dyskusji, która dotyczyła mnie w sposób bezpośredni, ale odbywała się jakby poza mną. Dla informacji zatroskanej pani- moje dziecko nie zamarzło i szanse miało małe, bo po pierwsze temperatura była powyżej zera, a po drugie kombinezon znacznie utrudnia proces zamarzania. Ale ciepły kombinezon nie wszystkich przekonuje, jak dowodzi moje kolejne doświadczenie. Wchodzę w niedzielę do kościoła i już czuję na sobie ten wzrok pospiesznie przerzucany między mną a dzieckiem. Spuszczam głowę, że niby nie zauważyłam i wtedy przypadkowy Doradca w ciele staruszki zachodzi mi drogę. I mówi: „Jak można takie maleństwo brać do kościoła! Przecież ono zamarznie!”. Takie sytuacje lubię najbardziej. Nie ma gdzie uciec, a dyskusji w kościele podejmować nie będę. Siadam w ławce i już całą Mszę jestem zdana na zatroskany wzrok sąsiadki z ławki, która już oceniła mnie jako złą matkę. Takich scen jest cała masa. Ostatnio też pani mieszkająca niedaleko, spojrzała na moje dziecko w chuście i powiedziała: „ojej, biedna! Ale jej jest niewygodnie!”. Dokładnie tak, męczę swoje dziecko, a chusta to nowoczesny sposób znęcania się. Mało tego, jeszcze bezwstydnie wystawiam to udręczone dziecko na widok publiczny.

Nie mogę oprzeć się stwierdzeniu, że komentarze, które na co dzień słyszę są po prostu zbędne. I nie jestem w tym chyba specjalnie odosobniona. Natomiast są sytuacje gdzie to wtrącanie się byłoby faktycznie uzasadnione. Przecież są rodzice, którzy znęcają się i zaniedbują dzieci. Czasem robią to nawet publicznie. I to są sytuacje, kiedy w ludziach powinien rodzić się duch społeczeństwa wspólnotowego, pchający ich do wtrącania się.

Natomiast młodym Matkom, którym masa doradców próbuje wmówić, że są złymi matkami, bo nie potrafią się zająć swoimi dziećmi, chcę powiedzieć, żebyście nigdy w to nie wierzyły. Nikt tak jak Matka, nie zna swojego dziecka i nawet jeśli nie robicie wszystkiego idealnie, to macie do tego prawo. Matka ma intuicje i wie, czego potrzeba jej dziecku. I chyba nikt nie ma wątpliwości, ze wie to lepiej od napotkanego przypadkowo przechodnia.